Top Social

.

LIFESTYLE & INTERIOR BLOG

Featured Posts Slider

Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cooking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cooking. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 maja 2019

TO JUŻ PRAWIE 15K DNI


Dzień dobry Kochani.

Wreszcie jest ciepło i można spędzić sobotę na zewnątrz. Jak ja lubię takie dni. Ten spokój, jaki mam wokół domu, troszkę na uboczu, ale nie w oderwaniu od rzeczywistości. Wsiadam w samochód i wtedy świat się błyskawicznie kurczy. Albo zaglądam komuś w Australii do kuchni, bo przecież mogę to zrobić zwyczajnie korzystając ze smartfona. Ech, jaka ze mnie szczęściara, że żyję w tych czasach i w sumie nie dostrzegam nawet już tylu życiowych pułapek, co kiedyś. Doceniam. Tak, to dobre określenie tego, co dzisiaj czuję. Skończyłam czterdzieści jeden lat. Starałam się niepostrzeżenie, na paluszkach, żeby nikt nie robił z tego afery, bo w sumie to nie wiem jeszcze, czy nie zaczęłabym się zastanawiać nad upływem czasu, gdyby zrobiło się wokół tego zamieszanie. Zupełnie inaczej niż w wypełnianiu tych 14 971 dni mojego dotychczasowego życia, kiedy to starałam się każdą minutę zaznaczyć w kalendarzu na czerwono, żeby niczego nie przegapić, żeby mi nic nie umknęło, żebym o wszystkim pamiętała nawet po tych kilkunastu tysiącach dni... Uważność to jedna z cech, jakich można się nauczyć z wiekiem, jednak mam wrażenie, że zawsze zbyt intensywnie interpretowałam wszystko wokół. Ale dzięki temu jestem dzisiaj tu, gdzie jestem. I to jest dobre. To mnie uszczęśliwia.

Gotowanie sprawia mi o tyle większą radość, że nie szukam w nim skomplikowanych receptur. No i mam własną kuchnię, to naprawdę ma znaczenie. Coraz częściej akceptuję, że pewne rzeczy mi po prostu nie wychodzą i szkoda czasu na eksperymenty. Wolę skupić się na tym, co mnie nie frustruje ( ;) ). Myślę, że każdy z nas gotuje z większym zaangażowaniem, jeśli sprzyja temu przestrzeń. Urządzanie domu, aranżacja i stylizacja, to coś więcej niż układ mebli i dodatków. Za każdym razem, gdy doradzam komuś jak wydzielić dobrze strefy funkcjonalne w domu i jak zapewnić każdej z nich specyficzną "współzależną autonomiczność" [to w sumie moje autorskie pojęcie, które wynika z mojego rozumienia wnętrz, a przede wszystkim ludzi, którzy w nich żyją] , wiem, że dobrze poznając potrzeby osoby, której doradzam, uda się odnaleźć receptę na takie harmonijne i pełne realizowanie swoich potrzeb. Bo dom to przecież ludzie. Tak kochani, to Wy. Ja. I nasze marzenia. 

Staram się w swoim domu odkrywać na nowo pewne zapomniane schematy. Zastanawiam się nad tym, ile przypadku, ile konieczności, a ile świadomych wyborów było w urządzaniu domów moich babć, tego jak organizowały sobie kuchnie, jak podchodziły do gotowania. Moja jedna babcia w tym roku skończy 90 lat. I codziennie gotuje dla siebie posiłki, od wielu tysięcy dni swojego pięknego życia w takich właśnie emaliowanych garnkach, jak te na zdjęciach, które i ja z sentymentem zaprosiłam do siebie. Bo zdrowe,  tanie, ekologiczne, lekkie, piękne, spójne z moją estetyką....i jakoś dają mi do myślenia. Choć nie zamierzam rezygnować z nowinek, które mogą polepszać jakość mojego życia, to lubię takie smaczki, które przekonują mnie, że wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni, a co za tym idzie łatwiej mi zrozumieć czyjeś wybory. Warto czasem uświadomić sobie, że niektóre rzeczy przetrwały próbę czasu i może wtedy spojrzymy na nie bardziej przychylnym okiem. 







Podchodząc do tematu garnków bardziej od strony praktycznej, oczywiście znajdziecie w sieci dużo artykułów, które niezaprzeczalnie potwierdzą to, że gotowanie w emalii jest zdrowe i łatwe. I tanie, bo ceny tych garnków nie są wcale przerażające. Same garnki natomiast mają dzisiaj przeróżną stylistykę, co może przekonać do nich nawet zwolenników bardziej nowoczesnych wnętrz. Nie będę zatem powielać tych informacji, [poszukajcie garnków pod linkiem na końcu posta] a napiszę parę słów o swoich doświadczeniach. 

Ja gotuję (indukcja) przede wszystkim w garnkach ze stali nierdzewnej, z powłoką ceramiczną i teraz też w emaliowanych. Pozbyłam się ostatnio okrutnie ciężkich garnków z anodowanego aluminium z utwardzaną powłoką teflonową. Niestety, ponieważ garnki zawsze myję w zmywarce, z czasem i tak ta powłoka uległa uszkodzeniu, a wiadomo konsumpcja teflonu nie jest pożądana ;) Emalia, o ile nie jest uszkodzona, jest jedną z najzdrowszych powierzchni do przygotowywania posiłków. I niezwykle skutecznie i oszczędnie pożytkuje energię, więc gotuje się szybko i smacznie, no i oczywiście zdrowo, bo nic nam nie wchodzi w niepożądaną reakcję chemiczną w wysokich temperaturach. Nie zastanawiałam się prawdę mówiąc nad procesem technologicznym wytwarzania garnków emaliowanych, żeby stwierdzić jednoznacznie, że ich produkcja ma jakąś przewagę nad innymi dostępnymi na rynku naczyniami. Bo gdyby tak było, to przymiotnik eko znaczyłby ekologiczny względem i człowieka i środowiska. A mogę zakładać w ciemno, że produkcja naczyń pokrywanych teflonem musi być procesem o dużo większym impakcie ekologicznym zarówno na środowisko, jak i na ludzi pracujących w tym przemyśle, a ich utylizacja również nie jest taka łatwa.   
Niestety mam średnie doświadczenia z powłokami ceramicznymi - wszystkie garnki i patelnie mi się rysują, mimo, że używam tylko drewnianych przyborów do mieszania.  Ale to może wina mycia ich w zmywarce. No ale tego to już nie zmienię ;)




Uściski kochani!
Cudownego weekendu dla Was!
l o v e


GET THE LOOK






piątek, 30 marca 2018

DOM Z DUSZĄ NA WIELKANOC

Siadam do porannej kawy i do ostatniego chyba przed świetami posta... Tylko zahaczam o wirtualną rzeczywistość, żeby skupić się bardziej na tym, co chcę sama napisać, a nie ulegać obrazom, jakie mogłyby zatrzeć w mojej rannej głowie myśli i uczucia pachnące jeszcze poduszką. Widzę tylko, że TU pojawił się w sieci post, który sprawia, że czuję się potrzebna jako bloger, jako rzeczywisty influencer w dzisiejszym natłoku wiadomości i twórczych fantazji wielu ludzi. Trudno tak nie zginąć w tłumie... Dziękuję zatem losowi, że mnie tu skierował i robię to, co nadaje sens mojemu życiu i daje szczęście.





Ostatnio użyłam w poście sformułowania {dom z duszą} i przyznam szczerze, że nie daje mi to spokoju. Zastanawiałam się, czym tak naprawdę jest taki dom, co to znaczy? Czy każdy piękny dom to dom z duszą? Dlaczego użyłam tego określenia i czemu inni mówią tak o moim domu...? Albo inaczej - chcąc Wam o tym napisać, zastanawiałam się, jak urządzając dom tej duszy nie zaprzedać manii gromadzenia przedmiotów, wypierających z naszej osobistej przestrzeni uczucia, miejsca dla nas samych i zapełniających czasem nawet to, co powinno pozostać na przykład {puste}, gdyż i pustka ma swoje miejsce w naszym życiu. Choćby na nowe. Na zmiany. Na ruch.

Nie znam na to recepty, ale mogę Wam opowiedzieć, jak jest u mnie.

Czy urządzam dom w konkretnym stylu? Trzymając się jakiś zasad? Tak, zdecydowanie tak. Zbieram inspiracje, zaglądam w cudze okna, wertuję katalogi z pięknymi przedmiotami... Uczę się stylu skandynawskiego nie dlatego że jest modny, ale dlatego że do mnie pasuje. Znalazłam w nim spokój i swobodę na adaptację tego co mam, bez konieczności wymiany wszystkiego na nowe. Wręcz przeciwnie. Uznałam, że to styl, który jak żaden inny respektuje historię mojego domu i odzwierciedla zmiany, jakie zachodzą w życiu. A poza tym daje możliwość ciągłej przemiany, bo tym jest chociażby zmiana koloru mebli, czy skrzyń, jakie ostatnio malowałam. Kiedyś pomalowałabym je na biało, a dzisiaj wybrałam już inny kolor. Bo takie właśnie jest życie i {to mi w duszy gra}. Nie czuję się ograniczona wyborem, bo wszystko mogę dostosować do tego co już zgromadziłam wokół siebie - nowym meblom dać vintydżowy look, a stare odświeżyć jasną farbą kredową. Takie to moje, prywatne, i może dlatego właśnie ma duszę.









Nie czuję się niewolnikiem tego, co już stworzyłam. Dobrze jest mieć duży strych, żeby nie pozbywać się definitywnie rzeczy, których nie chcemy na przykład już mieć blisko siebie. Zawsze może się zdarzyć tak, że po paru latach przypomni nam się, że to o czym aktualnie marzymy już kiedyś mieliśmy.... Ale rzeczy po prostu są albo ich nie ma. To nie one nas określają, tylko to, co z nimi zrobimy. Choć są przedmioty, którym należy się szczególny szacunek, pamiątki i temu podobne, to nie przywiązuję się do raz urządzonego wnętrza, gdyż któregoś dnia mogę wstać i postanowić, by zwyczajnie coś zmienić, czegoś się pozbyć z lekkim sercem i już. 

Gdy szukam czegoś nowego do domu, to rzadko kiedy jest to gotowa rzecz. Chyba że potrzebuję czegoś naprawdę użytecznego jak kanapa, czy szczotka do wc {hehe}. Ale nie ukrywam, że jako horoskopowy byk uwielbiam ładne rzeczy i jeśli coś mi wpadnie w oko, to potrafię kombinować na wszystkie możliwe sposoby, żeby to zdobyć. Jednak w większości przypadków zaczynam planować od drugiej strony.....jak sprawić, żeby podkładka pod buty w przedpokoju nie była {zwyczajna}... I tak właśnie ubzdurałam sobie, że będę szukała starej szuflady, z której na pewno uda mi się coś wyczarować. Bo wszystko wokół jest takie pospolite..... - potrzeba mi oryginalnych pomysłów.

Zaanagażowanie w tworzenie jakiegoś mebla, w jego odnawianie i przemianę, sprawia że jesteśmy do takiego przedmiotu przywiązani emocjonalnie. Niech brzmi to patetycznie albo i śmiesznie, nie dbam o to. Takie jest moje zdanie - że wszystko wokół nas ma znaczenie i historię. Jeśli nie mamy talentów, aby samemu to robić, to wtedy nasza energia poświęcona na szukanie odpowiedniego mebla, oszczędzanie na niego, to wszystko przekłada się na emocje włożone w dom. I one tam pozostają. Zatem znów jest szansa, że odnajdziemy w nim duszę... Bo dom z duszą to z całą pewnością nie są zgromadzone przypadkowo przedmioty, nawet nie te wystylizowane i wiernie odzwierciedlające trendy. Dom zaczyna mieć duszę dopiero, jeśli go pokochamy i poświęcimy mu czas.

Czas. No właśnie... Uważam, że w urządzaniu domu nie ma się z czym spieszyć. Tempo i sposób w jaki zmienia się wystrój domu to z jednej strony rytm natury, w który jesteśmy z racji swojego biologicznego charakteru wpisani, a z drugiej strony to zwierciadło naszych charakterów. Jeśli ktoś jest raptusem, to od idei do realizacji nie ma za dużo czasu, inaczej jest nieszczęśliwy. Ale są przecież wśród nas ludzie cierpliwi, którym czekanie jedynie dosładza efekt końcowy. Zatem wszystko w swoim tempie. Zgodnie z naszymi potrzebami. Nie dlatego, że w tym sezonie jest modny zielony, ale dlatego, że tego zielonego nam potrzeba, żeby czuć się dobrze.

Dom z duszą nie musi dużo kosztować. Nie materialnie. Ale z pewnością kosztuje nasze poświęcenie. Sprzątanie to jedno, ale zupełnie nie o to mi chodzi. W domu toczy się życie i to jemu należy się nasza uwaga. Aby ta przestrzeń ożyła, a nie była jedynie kopią magazynu wnętrzarskiego. Do przemyślanego stylu wystroju warto więc dorzucić swoje cztery grosze w postaci dekoracji. Najlepiej by od czasu do czasu były to dekoracje wykonane samodzielnie, lub z dziećmi. Nawet zerwane na spacerze gałęzie dzikiej śliwy wstawione do wazonu z wodą są taką formą własnoręcznej ozdoby wnętrza. Powiedziałabym, że to swoisty pierwiastek ludzki, a ja poświęcam na to całkiem sporo czasu. I zazwyczaj przy dekorowaniu domu przesuwam meble. Dzięki temu dom jest ciągle w ruchu, żyje podobnie jak my i wydaje się nam służyć najlepiej jak tylko potrafi.

Tym samym jest gotowanie dla najbliższych. Nie przesadzę mówiąc, że nie jestem najlepszą kucharką {mam zdecydowanie środek ciężkości talentów przesunięty w inne sfery działań międzyludzkich, hehe }, to jednak bardzo lubię gotować i jeśli to robię, to staram się również by zarówno gotowanie jak i jedzenie sprawiały nam radość. Więc aby tak było, to do garnków oprócz soli wkładam też swoje serce. A jak nie mam serca do gotowania, to po prostu nie gotuję, bo wtedy i tak nic z tego nie wychodzi. I tego się trzymam.


Styl w jakim urządziłam dom jest mocno inspirowany skandynawskimi trendami. Ale to styl, który właśnie respektuje nasze potrzeby i nasze ograniczenia. Pomaga je zaakceptować, bo przy niewielkim nakładzie, jedynie większym wysiłkiem, też możemy stworzyć piękny dom. Warto. Naprawdę warto Kochani. Zachęcam Was do tworzenia takich domów. Z Duszą właśnie.

Babkę upiekłam według TEGO przepisu.

Dla tych z Was, którzy nie znajdą już czasu przed weekendem, chciałam życzyć zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych. Dużo, dużo radości i otwartych serc.

Jesteśmy w kontakcie na istagramie ;)

G E T   T H E    L O O K:

CERAMIKA BROSTE COPENHAGEN - FILIŻANKA DUŻA, FILIŻANKA MAŁA, DZBANEK, TALERZ, MISECZKA
niedziela, 14 sierpnia 2016

CIASTO DROŻDŻOWE | FOODSTYLE

NIE PAMIĘTAM z domu drożdżowego ciasta. Pamiętam z wakacji pierogi z owocami u babci, smażone na okrągło jajka w czasie żniw, jedzone przy akompaniamencie polskiego radia, łodygę rabarbaru maczaną w słoiku z cukrem, prażochy i kluski z mąki rzucane na świeżo udojone mleko na kolację. Pamiętam chłodnik z truskawek z makaronem, i zapach kuchni w czasie świniobicia, smażone w nocy frytki, pomidory ze szklarni, którymi jeden chłopak chciał mnie w sobie rozkochać.... Ze swojego domu nieco mniej, nie wiem czemu. Może dlatego, że miasto po prostu smakuje inaczej. Rodzice pracowali, ja biegałam z kluczem na szyi. Więc został w głowie zapach kakao i murzynek z prodiża, inka z mlekiem pita jak "dorosła" kawa w szklance z koszyczkiem, chleb obgryziony w drodze do domu i woda z sokiem z saturatora oraz gorąca kukurydza kupowana o świcie z obwoźnego osiedlowego straganu. A w wakacje lody z Markizy i lizaki ze strzelnicy. 


Nie pamiętam, kiedy ciasto drożdżowe stało się moim ulubionym, bo w żadnym z domów z mojego dzieciństwa go nie było. Prawdopodobnie wtedy, gdy wreszcie zaczęło mnie słuchać i porządnie wyrastać.  Chałki, bułki, ciasto z kruszkonką, pizza, racuchy.... Drożdże ukochałam najbardziej na świecie. Wiem, że gotowanie to sztuka, ale nie nie mam do niej daru. Czasem nad tym ubolewam. Jednak gdy już coś robię to z nabożną uwagą. Po tempie i sposobie w jaki wyrasta ciasto drożdżowe można przewidywać pogodę i można odczytywać nastrój. Gdy zaglądam do zaczynu, to jakbym zaglądała do dziecięcej sypialni i sprawdzała, czy aby wszystko jest jak należy - ostrożnie, tak by dzieci tego nie zauważyły, a gdy przykryję już ściereczką naczynie z ciastem to pilnuję, aby nie było przeciągu,  chodzę na paluszkach w przekonaniu, że najmniejszy hałas mógłby zaburzyć proces wyrastania. Oczywiście czynię to wszystko w sekrecie, bo ktoś mógłby pomyśleć, że postradałam zmysły i gadam do ciasta, lepiej zachować w tej kwestii pozory normalności.

Wydaje mi się, że smak ciasta drożdżowego będzie tym, który będzie kojarzył się mojemu synowi z domem. Chociaż.....nigdy nie wiadomo [:)].











Pulla to tradycyjne fińskie bułeczki drożdżowe z cynamonem. Używam do nich cynamonu z Indii. Do kupienia choćby w littleindia.pl. Kupuję tam większość przypraw i ryż. Cena bardzo rozsądna, a jakość.....spróbujcie, zobaczycie sami.

PRZEPIS NA PULLA WEDŁUG KINFOLK TABLE,
z którego (prawie... ;)) korzystałam



CIASTO
Wymieszać drożdże z odrobiną mleka i cukru. Poczekać ok. 10 minut, aż zaczną pracować. Dodać przesianą mąkę, cukier, kardamon, masło, sól i wyrabiać ciasto, aż będzie elastyczne, czyli ok. 15 minut ręcznie, a 8 minut robotem. Przełożyć ciasto do miski i przykryć ściereczką - pozostawić ciasto na godzinę w ciepłym miejscu do wyrośnięcia - podwoi swoją objętość.

NADZIENIE
W międzyczasie przygotować nadzienie - połączyć masło (w temperaturze pokojowej) z cukrem i przyprawami(ja do nadzienia nie daję już kardamonu).


Po godzinie obsypać stolnicę mąką, rozwałkować ciasto na prostokąt (ok. 50 x 38 cm., o grubości ok. 1 cm. Ja nie mam tak dużej stolnicy więc dzielę ciasto na dwie części), posmarować nadzieniem i zwinąć w rulon. Ostrym nożem pociąć na około 16-20 plastrów. 

Układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, z niewielkim odstępem między bułkami, po około 9 - 10 plastrów na blaszce.
Przykryć i zostawić jeszcze na ok. pół, do godziny, do wyrośnięcia.


Nagrzać piekarnik do 205 st, posmarować bułeczki roztrzepanym jajkiem i ewentualnie posypać grubym cukrem
(ja nie posypuję, bo chyba bym nie wytrzymała tej ilości cukru).
Piec 10-12 minut.

Najlepiej smakują ciepłe.

Smacznego!
l o v e
a g a




niedziela, 29 grudnia 2013

SWEET SWEET CHRISTMAS

Słodko powspominać, prawda? Bo to już historia:)) Dzisiaj już wszyscy myślą co na siebie włożyć za dwa dni. A ja nie, ja się relaksuję, krótki urlop między świętami ;) A że mam chwilkę, to zaglądam i wrzucam jeszcze parę zdjęć ze Świąt. Och, szkoda, że już po wszystkim....tyle czekania i potem rach, ciach i po sprawie :( Teraz już pewnie będę myślała o wiośnie, no bo co ma mnie trzymać przy życiu, jak nie perspektywa świeżych pąków na drzewach... O! udało mi się przed samymi świętami dostać jednego hiacynta! Niestety (a może i dobrze) prawdopodobnie będzie różowy i lada dzień się rozwinie:)) Więc wiosna już tuż tuż ;)
Ale zanim się nią zajmę, to jeszcze choineczki, gwiazdeczki i serduszka...:)








Miała być chatka, ale dałam spokój..może następnym razem :)










A teraz?? No cóż, w tej chwili oto co widzę:


:))
Relaksik ;) 
Zatem do szybkiego następnego razu.
Miłego wieczoru! 




środa, 11 września 2013

COŚ NA OSŁODĘ

Jesień się zbliża. I nie mam jej tego za złe, ot, pora roku jak każda inna, ale z całą pewnością wraz z nią zaczynam wybiegać myślami daleko do przodu. Pewnie pomyślicie, że to mocno przesadzone, ale po prostu mam przed oczami skarpety pełne prezentów, czuję zapach gotującej się kapusty, gałki muszkatałowej, która wpada do garnka z barszczem.... oj zagalopowałam się, wiem.






Póki co i tak zaczynam krzątać się po domu zmieniając go powoli i dostosowując do tego, co za oknem. Tylko kaloszy wciąż nie mam...

***



Umiem piec chyba dwa ciasta - szarlotkę i to, którego przepis Wam dziś podsyłam ;)
Jest niebiańsko proste i smaczne :P


SKŁADNIKI:
1,5 szklanki cukru
3 łyżki kakao
0,5 szklanki ciepłej wody
kostka margaryny (lub masła)
4 jajka *jak są duże, to 3 wystarczą*
2 szklanki mąki, uprzednio przesianej
2 łyżeczki proszku do pieczenia


Cukier, wodę, kakao i margarynę łączymy w garnku i podgrzewamy cały czas mieszając. Po połączeniu składników całość trzeba wystudzić i następnie dodać żółtka, mąkę i proszek do pieczenia.

Całość ucieramy drewnianą łyżką do otrzymania jednolitej masy, albo używamy po prostu robota kuchennego.



Ubijamy mikserem białka (dodać szczyptę soli) i delikatnie łączymy z masą kakaową, a następnie wylewamy do foremki.





Ja używam okrągłej foremki o średnicy 23 cm.

Piec ok. 45 minut, temperatura 190 st.C.




SMACZNEGO!

I miłego popołudnia*







Custom Post Signature

Custom Post  Signature