Top Social

.

LIFESTYLE & INTERIOR BLOG

Featured Posts Slider

Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 marca 2020

NOWY KOLOR ŚCIAN, CZYLI JAK WYRAZIĆ SIEBIE



Dzień dobry Kochani! Jak miło Was tu widzieć po takiej długiej przerwie. 
Mam nadzieję, że moje postanowienie, by pisać znów bloga nie będzie płonne. Ale nic nie obiecuję, będzie co ma być. Dziś o moim starym nowym salonie i przedpokoju, gdzie pojawił się na ścianie kolor. 

*
*
*

Istnieje coś takiego jak instynkt, przeczucie, że rzeczywistość ułoży się tak a nie inaczej. Może to rodzaj naszej podświadomej analizy i najzwyklejsza w świecie zdolność adaptacji do zmian, jakie w życiu są przecież naszym chlebem powszednim. 
Jednak dzięki temu instynktowi mamy czas, by coś przemyleć, przygotować się, a nawet czasem wręcz odwrócić bieg wydarzeń dzięki naszej wrodzonej przezorności. 

Kiedy śnią mi się stare domy, kolejne meble, które chciałabym uratować i przerobić na swoje, nachodzą mnie marzenia o miejscu moim od a do zet, wtedy zwyczajnie wiem, że czas na zmiany. Najtrudniejszy krok to ten pierwszy. Podejmuję czasem ryzyko, ale na szczeście jeśli to dotyczy domu i mojej płomiennej miłości do urzadzania wnętrz, to wiem, że wpadki też się zdarzają i nie ma w nich niczego złego. Są częscią składową mojej drogi. Mojej historii. Zawierzam przeczuciom i działam. Czas i tak wszystko zweryfikuje więc finalnie przekonam się, czy ten lub tamten wybór był tym właściwym.  

Dom to taka moja droga. Jesli ktoś chciałby nią w ślad za mną wyruszyć, to jest szansa, że odkryje kim jestem. Co mi w duszy gra. Gdyż wszystko, co robię dla domu, jest niczym innym, jak moim niespokojnym duchem. A jednocześnie jest tym, czego moja skołatana codziennością dusza potrzebuje, by odnaleźć spokój i właściwe (czyt.: zdrowe) proporcje. Wydaje się, że to dwie skrajności nie do pogodzenia. Jednak wnikliwe, wrażliwe oko nie będzie miało problemu, aby w moim pozornie jednostajnym wnętrzu odnaleźć ten cały niepokój i ciekawość świata. Monochromatyczne spokojne tło jest sceną wielu burzliwych wnętrzarskich dramatów… Może dzisiaj już ostrożniej podchodzę do urządzania domu, ale też nie bez przyczyny. Tak, wszystko co robię, na co się decyduję ma znaczenie. Kolor, faktura, układ, kompozycja, ale z drugiej strony właśnie ruch w tej niby statecznej rzeczywistości. Mebel długo nie zagrzewa jednego miejsca, kolor choć subtelnie, to jednak i tak zmienia się przynajmniej raz do roku, przepełnione szuflady od nadmiaru wspomnień i planów na kiedyś tam w końcu pod wpływem chwili pustoszeją, uwalniając miejsce na nowe. 
Często łapię się na tym, że w tych ciągłych zmianach zbyt dużej liczby planów nigdy nie realizuję. Tak samo jak nagle rodzą się pomysły, gasną i znikają w czeluściach wyniesionych na strych pudeł, schowanych na najwyższych półkach, gdzie nikt długo nie zagląda. A potem w chwili przebłysku wertuję umysł w poszukiwaniu czegoś, co tam utknęło na zawsze. Raczej daremne starania, i tak zapominam, co gdzie schowałam. 

W tych ciągłych zmianach jest jednak jakaś ciągłość i konsekwencja. Mogę być prawie pewna, że nic u mnie nie jest raz na zawsze, definitywne i skończone. Dobrze to wiedzieć, bo to pozwala wyzbyć się perfekcjonizmu, na który niestety choruję. Uważam bowiem, że dom nie powinien być „zbyt” dopracowany. Mój żyje i się zmienia. Spójny jest wyłącznie dzięki temu, że dzisiaj już bardzo dobrze znam siebie, swoje potrzeby i słabości. Liczę się też z tym, że ta przestrzeń to jednocześnie schronienie dla innych osób i ich potrzeby są równie ważne co moje własne. Ponieważ są częścią mojego życia, są jakby trochę mną. Dom, który to respektuje, jest przyjazny i ciepły. Jest dzięki temu prawdziwy i pozwala nam swobodnie się rozwijać. Daje szczęście. Nie jest pustym katalogowym zestawem rzeczy dizajnerskich czy drogich. Wręcz przeciwnie. Stanowi dobrze przemyślaną kompilację przeszłości, teraźniejszości, ale przede wszytkim pozostawia miejsce na to, co dopiero przyjdzie. Otwarte okno na odrobinę szaleństwa.
Kto mógł wiedzieć dziesięć lat temu, że malując dosłownie cały dom na biało, przyjdzie taki moment, że zechcę zmiany. To było przecież dla mnie jak przełom. Biel zdominowała moje wnętrza i oczyściła mnie od środka. Ale któregoś pięknego dnia wystarczyło sobie wyobrazić kolor, aby następnego dnia przemalować ścianę w kuchni na różowo. I po dwunastu miesiącach zrozumieć, że to nie jest ten kolor…. i przemalować na nowo. Biały jest bezpieczny, daje nam czas, jak cztery lata liceum młodemu człowiekowi, na odkrycie dokąd w życiu zmierza. Biały daje nam możliwość restartu. Zatem nic w tym nadzwyczajnego, że po jakimś czasie przemalowałam kolejne ściany. Ot, wewnętrzna potrzeba.

Celowość. Otwartość. Znajomość siebie. Czy nie wydaje się Wam, że to prawie jak autoanaliza? Krótka sesja na wygodnym fotelu psychoterapeuty, który pomoże wyłuszczyć nam kim jesteśmy i czego nam potrzeba. Ale w jakim celu? No właśnie… Dochodzimy do sedna, bo wszystko zmierza w jednym kierunku - poszukiwaniu w życiu szczęścia. Dla każdego z nas będzie się ono składało z innych elementów, bo jednak różnimy sie trochę mimo biologicznie podobnej powłoki. Mamy inne przeżycia, determinuje nas inne środowisko, musimy godzić się na takie czy inne życiowe kompromisy. Dlatego też inaczej rysuje się nasza przyszłość. I powinniśmy również mieszkać w domach, których charakter będzie mocno indywidualny, mimo tej powiedzmy podobnej stylowej powłoki… Gustujemy bowiem w pewnych trendach, albo mamy jakieś przyzwyczajenia, które bezpośrednio będą się przekładały na nasze postrzeganie piękna. Wybierzemy konkretnie styl francuski, nowojorski, swojski, przaśny lub minimalizm, to w sumie przecież tylko kwestia gustu. De gustibus non est disputandum. Ale by mówić o domu trzeba wyrobić w sobie własną perspektywę. Skąd możemy wiedzieć, że nie lubimy włochatych różowych foteli, skoro nigdy w nich nie siedzieliśmy?! We własnym domu możemy eksperymentować, próbować do woli, aż wyklaruje nam się nasz własny styl.
Spoglądam na to, w jaki sposób urządzam swój dom i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że aż tyle mojej introwertycznej duszy znajduje się wręcz „na wierzchu”, przez co jest ona narażona na czyjeś spojrzenia i oceny. Każdy może przyjść i po jakimś czasie może mi powiedzieć o mnie samej wiele więcej, niż po dziesiątkch godzin spędzonych wspólnie w neutralnym otoczeniu. Czyż to o czymś nie świadczy?

Droga do harmonii nas samych z naszymi domami może być dwojaka. Możemy wyruszyć w podróż wnętrzarską dopiero, gdy zaakceptujemy siebie, albo możemy wybrać inną, uważam o wiele ciekawszą drogę - dom wykorzystać do tego, by uświadomić sobie kim jesteśmy. Wystarczy skupić się na tym co i jak robimy. Poświęcić wyborom wnętrzaskim czas i uwagę. Nierzadko własną pracę. Zastanowić się, czego nam potrzeba, co do nas pasuje, w czym czujemy się dobrze, co daje nam szczęście i co pozwoli rozwinąć nam skrzydła w przyszłości. Spróbujcie. Gwarantuję Wam, że odnajdziecie w tym samych siebie. A przy okazji będziecie pięknie mieszkać.











piątek, 25 maja 2018

GET THE LOOK | LIVINGROOM



Dzień dobry Kochani! Jak Wasz piątek? Już weekedowo? Ja póki co załatwiam papiery związane z domem i zabieram się za projekt i wycenę tarasu i wejścia do domu. Nie sądziłam, że to co na zewnątrz będzie mi spędzało sen z powiek. Przecież tyle innych, ważnych i strategicznych rzeczy już zrobiliśmy, a jednak...

Chciałam zaproponować Wam cykl postów z małymi zestawieniami przedmiotów, jakie widać na zdjęciach mojego domu. Co Wy na taki pomysł? Dzisiaj pierwszy z nich.

***

Jeśli podoba Wam się styl mojego salonu, to możecie bardzo łatwo podobny osiągnąć u siebie. Wystarczy wybrać odpowiednie dodatki do dekoracji Waszego wnętrza. Utrzymanie ich w podobnej kolorystyce i bazowanie na kontrastowych odcieniach z tej samej palety barw, pozwoli Wam zachować harmonię i nada mieszkaniu skandynawskiego charakteru.

Materiały, jakich powinniście użyć to w większości naturalne tekstylia takie jak wełna, juta czy bawełna, drewno, surowe metale, szkło, wiklina, czy trawa morska. Takie elementy warto, by pochodziły z produkcji zrównoważonej, która zostawia w naszym ekosystemie jak najmniejszy ślad, czyli od producentów dbających o planetę i małych, najlepiej lokalnych rzemieślników. Naturalny produkt może i wymaga więcej troski niż syntetyczne i plastikowe substytuty, jednak jeśli je wybierzemy to moralna i estetyczna wartość dodana jest nieporównywalnie większa. 


Dla przykładu zestawiłam dla Was parę produktów, które tworzą styl mojego salonu, gdyż zdaję sobie sprawę, że takie wyselekcjonowanie dodatków spośród wielu propozycji sklepów internetowych wcale nie jest łatwe {linki do sklepów pod zdjęciem}. Sama często nie umiem zdecydować co kupić, aby nie zbankrutować i widzieć efekt w domu. Łatwo przecież wydać pieniądze, ale nie zawsze daje nam to gwarancję, że uzyskamy choć namiastkę klimatu, o jaki nam chodziło. Radzę Wam zatem, aby szukać dodatków właśnie bazując na konkretnej inspiracji, wtedy szansa na sukces jest znacznie większa { ;) }. Powodzenia!

1. WEŁNIANY DYWAN | 2. SZKLANA RAMKA | 3. PLECIONY KOSZYK | 4. PODUSZKA HANDMADE

Pięknego piątku! I zajrzyjcie jutro, będzie kolejny post :)
piątek, 30 marca 2018

DOM Z DUSZĄ NA WIELKANOC

Siadam do porannej kawy i do ostatniego chyba przed świetami posta... Tylko zahaczam o wirtualną rzeczywistość, żeby skupić się bardziej na tym, co chcę sama napisać, a nie ulegać obrazom, jakie mogłyby zatrzeć w mojej rannej głowie myśli i uczucia pachnące jeszcze poduszką. Widzę tylko, że TU pojawił się w sieci post, który sprawia, że czuję się potrzebna jako bloger, jako rzeczywisty influencer w dzisiejszym natłoku wiadomości i twórczych fantazji wielu ludzi. Trudno tak nie zginąć w tłumie... Dziękuję zatem losowi, że mnie tu skierował i robię to, co nadaje sens mojemu życiu i daje szczęście.





Ostatnio użyłam w poście sformułowania {dom z duszą} i przyznam szczerze, że nie daje mi to spokoju. Zastanawiałam się, czym tak naprawdę jest taki dom, co to znaczy? Czy każdy piękny dom to dom z duszą? Dlaczego użyłam tego określenia i czemu inni mówią tak o moim domu...? Albo inaczej - chcąc Wam o tym napisać, zastanawiałam się, jak urządzając dom tej duszy nie zaprzedać manii gromadzenia przedmiotów, wypierających z naszej osobistej przestrzeni uczucia, miejsca dla nas samych i zapełniających czasem nawet to, co powinno pozostać na przykład {puste}, gdyż i pustka ma swoje miejsce w naszym życiu. Choćby na nowe. Na zmiany. Na ruch.

Nie znam na to recepty, ale mogę Wam opowiedzieć, jak jest u mnie.

Czy urządzam dom w konkretnym stylu? Trzymając się jakiś zasad? Tak, zdecydowanie tak. Zbieram inspiracje, zaglądam w cudze okna, wertuję katalogi z pięknymi przedmiotami... Uczę się stylu skandynawskiego nie dlatego że jest modny, ale dlatego że do mnie pasuje. Znalazłam w nim spokój i swobodę na adaptację tego co mam, bez konieczności wymiany wszystkiego na nowe. Wręcz przeciwnie. Uznałam, że to styl, który jak żaden inny respektuje historię mojego domu i odzwierciedla zmiany, jakie zachodzą w życiu. A poza tym daje możliwość ciągłej przemiany, bo tym jest chociażby zmiana koloru mebli, czy skrzyń, jakie ostatnio malowałam. Kiedyś pomalowałabym je na biało, a dzisiaj wybrałam już inny kolor. Bo takie właśnie jest życie i {to mi w duszy gra}. Nie czuję się ograniczona wyborem, bo wszystko mogę dostosować do tego co już zgromadziłam wokół siebie - nowym meblom dać vintydżowy look, a stare odświeżyć jasną farbą kredową. Takie to moje, prywatne, i może dlatego właśnie ma duszę.









Nie czuję się niewolnikiem tego, co już stworzyłam. Dobrze jest mieć duży strych, żeby nie pozbywać się definitywnie rzeczy, których nie chcemy na przykład już mieć blisko siebie. Zawsze może się zdarzyć tak, że po paru latach przypomni nam się, że to o czym aktualnie marzymy już kiedyś mieliśmy.... Ale rzeczy po prostu są albo ich nie ma. To nie one nas określają, tylko to, co z nimi zrobimy. Choć są przedmioty, którym należy się szczególny szacunek, pamiątki i temu podobne, to nie przywiązuję się do raz urządzonego wnętrza, gdyż któregoś dnia mogę wstać i postanowić, by zwyczajnie coś zmienić, czegoś się pozbyć z lekkim sercem i już. 

Gdy szukam czegoś nowego do domu, to rzadko kiedy jest to gotowa rzecz. Chyba że potrzebuję czegoś naprawdę użytecznego jak kanapa, czy szczotka do wc {hehe}. Ale nie ukrywam, że jako horoskopowy byk uwielbiam ładne rzeczy i jeśli coś mi wpadnie w oko, to potrafię kombinować na wszystkie możliwe sposoby, żeby to zdobyć. Jednak w większości przypadków zaczynam planować od drugiej strony.....jak sprawić, żeby podkładka pod buty w przedpokoju nie była {zwyczajna}... I tak właśnie ubzdurałam sobie, że będę szukała starej szuflady, z której na pewno uda mi się coś wyczarować. Bo wszystko wokół jest takie pospolite..... - potrzeba mi oryginalnych pomysłów.

Zaanagażowanie w tworzenie jakiegoś mebla, w jego odnawianie i przemianę, sprawia że jesteśmy do takiego przedmiotu przywiązani emocjonalnie. Niech brzmi to patetycznie albo i śmiesznie, nie dbam o to. Takie jest moje zdanie - że wszystko wokół nas ma znaczenie i historię. Jeśli nie mamy talentów, aby samemu to robić, to wtedy nasza energia poświęcona na szukanie odpowiedniego mebla, oszczędzanie na niego, to wszystko przekłada się na emocje włożone w dom. I one tam pozostają. Zatem znów jest szansa, że odnajdziemy w nim duszę... Bo dom z duszą to z całą pewnością nie są zgromadzone przypadkowo przedmioty, nawet nie te wystylizowane i wiernie odzwierciedlające trendy. Dom zaczyna mieć duszę dopiero, jeśli go pokochamy i poświęcimy mu czas.

Czas. No właśnie... Uważam, że w urządzaniu domu nie ma się z czym spieszyć. Tempo i sposób w jaki zmienia się wystrój domu to z jednej strony rytm natury, w który jesteśmy z racji swojego biologicznego charakteru wpisani, a z drugiej strony to zwierciadło naszych charakterów. Jeśli ktoś jest raptusem, to od idei do realizacji nie ma za dużo czasu, inaczej jest nieszczęśliwy. Ale są przecież wśród nas ludzie cierpliwi, którym czekanie jedynie dosładza efekt końcowy. Zatem wszystko w swoim tempie. Zgodnie z naszymi potrzebami. Nie dlatego, że w tym sezonie jest modny zielony, ale dlatego, że tego zielonego nam potrzeba, żeby czuć się dobrze.

Dom z duszą nie musi dużo kosztować. Nie materialnie. Ale z pewnością kosztuje nasze poświęcenie. Sprzątanie to jedno, ale zupełnie nie o to mi chodzi. W domu toczy się życie i to jemu należy się nasza uwaga. Aby ta przestrzeń ożyła, a nie była jedynie kopią magazynu wnętrzarskiego. Do przemyślanego stylu wystroju warto więc dorzucić swoje cztery grosze w postaci dekoracji. Najlepiej by od czasu do czasu były to dekoracje wykonane samodzielnie, lub z dziećmi. Nawet zerwane na spacerze gałęzie dzikiej śliwy wstawione do wazonu z wodą są taką formą własnoręcznej ozdoby wnętrza. Powiedziałabym, że to swoisty pierwiastek ludzki, a ja poświęcam na to całkiem sporo czasu. I zazwyczaj przy dekorowaniu domu przesuwam meble. Dzięki temu dom jest ciągle w ruchu, żyje podobnie jak my i wydaje się nam służyć najlepiej jak tylko potrafi.

Tym samym jest gotowanie dla najbliższych. Nie przesadzę mówiąc, że nie jestem najlepszą kucharką {mam zdecydowanie środek ciężkości talentów przesunięty w inne sfery działań międzyludzkich, hehe }, to jednak bardzo lubię gotować i jeśli to robię, to staram się również by zarówno gotowanie jak i jedzenie sprawiały nam radość. Więc aby tak było, to do garnków oprócz soli wkładam też swoje serce. A jak nie mam serca do gotowania, to po prostu nie gotuję, bo wtedy i tak nic z tego nie wychodzi. I tego się trzymam.


Styl w jakim urządziłam dom jest mocno inspirowany skandynawskimi trendami. Ale to styl, który właśnie respektuje nasze potrzeby i nasze ograniczenia. Pomaga je zaakceptować, bo przy niewielkim nakładzie, jedynie większym wysiłkiem, też możemy stworzyć piękny dom. Warto. Naprawdę warto Kochani. Zachęcam Was do tworzenia takich domów. Z Duszą właśnie.

Babkę upiekłam według TEGO przepisu.

Dla tych z Was, którzy nie znajdą już czasu przed weekendem, chciałam życzyć zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych. Dużo, dużo radości i otwartych serc.

Jesteśmy w kontakcie na istagramie ;)

G E T   T H E    L O O K:

CERAMIKA BROSTE COPENHAGEN - FILIŻANKA DUŻA, FILIŻANKA MAŁA, DZBANEK, TALERZ, MISECZKA
sobota, 25 listopada 2017

KOMINEK W SALONIE


WIECZORY JAKIEŚ TAKIE DŁUGIE... Światła jak na lekarstwo. Właśnie - a ma uzdrawiającą moc. Kiedy wkręciłam ostatnio w toalecie na dole tradycyjną żarówkę o mocy 150 Watt, bo wszystkie energooszczędne powędrowały do bardziej używanych punktów oświetleniowych w domu, a nie chciałam żeby wisiał sam kabel, to teraz wchodząc do tego niewielkiego białego pomieszczenia każdy czuje się niemal jak na chromoterapii. Uśmiecham się szczerze, bo efekt niezamierzony, ale choć trzeba mrużyć oczy, to rzeczywiście podświadomie poprawia mi to humor. Jak nie zapomnę, to nabędę w tym tygodniu "ekologiczne" światełko do tego pomieszczenia. Piszę w cudzysłowiu, bo z tymi eko żarówkami to trudny temat i w sumie można się zakręcić co tak naprawdę pozwala nam w tym mikroskopijnym stopniu poczuć się ekologami. 

Na szczęście w moim domu nie brakuje bieli i światła dziennego wpadającego przed duże okna. Biel nie jest może praktyczna w utrzymaniu, nieraz pytacie jak to jest z tą białą podłogą, czy myślę, że "bardziej" się brudzi.... Pytanie Kochani dla mnie w sumie retoryczne, bo ja nawet teraz nie mam zdania. Podchodzę do tego bardzo swobodnie, a wszystkie moje wybory są uwarunkowane tym, co mi się podoba. Z czym czuję się dobrze. Szukam zawsze najlepszego rozwiązania dla tego, co chcę osiągnąć. I nie uważam, że coś się ciężko myje dlatego, że nie rozważałam innej możliwości i decydując się na białe panele wiedziałam, że będzie z nimi trochę roboty. Podejrzewam, że kolorowo, albo beżowo, byłoby pozornie czyściej.

Gdy na instagramie dziś, gdy pytałam czy mam pisać posta o kuchni, czy o salonie, dwie osoby napisały mi abym pisała {O sobie}. Zawsze piszę o sobie Kochani. Zawsze. Ale że w jednym z poprzednich postów pisałam dużo o kominku, a wcale go de facto nie pokazałam..... to nadrabiam to teraz. Mam niesamowitą radość z tego, że udało mi się w końcu go zamontować. Teraz dom jest już w środku kompletny. Mimo wciąż jeszcze sterczących tu i tam kabli. I znajdą się takie różne szczegóły, które trzeba wciąż zrobić, chociażby jakieś drzwi jeszcze wstawić, ale nigdzie mi się z tym nie spieszy. Nareszcie mam swój kąt. I to wystarczy. Reszta to kwestia czasu.








Myślicie już o pakowaniu prezentów? Ja chyba wyjątkowo wcześnie. Sama kończę przyjmować zamówienia z końcem listopada, żebyście zdążyli dostać szkiełka przed świętami. I w tym nadchodzącym tygodniu robię jeszcze {słodki} kalendarz adwentowy. Trochę przyjemności na każdy dzień oczekiwania na święta. Jak u Was to wygląda? Zastanawiam się również czy spadnie śnieg, czy 24-go grudnia będę miała z okna tak samo zielony widok... No zobaczymy. To w sumie już całkiem niedługo.






NIEKTÓRE RZECZY ZE ZDJĘĆ ZNAJDZIECIE TU:


Spokojnego weekendu Kochani,
do następnego postu - jak już wspomniałam, prawdopodobnie kuchennego....
I chciałam jeszcze gorąco Wam podziękować za ciepłe przyjęcie mojego magazynu. Jesteście wspaniali! Dziękuję ogromnie!!! Zapraszam serdecznie - zajrzyjcie jeszcze, jeśli nie widzieliście - do nowego numeru ALIKE LIFESTYLE MAGAZINE




sobota, 25 lutego 2017

PIERWSZE PODEJŚCIE | REMAKE WITH CHALK PAINT


Czuć wiosnę w powietrzu Kochani...

Wracam do Was z tematem malowania mebli. 
Znalazły się u mnie w domu niespodziewanie meble, z którymi nie miałam co zrobić. Zupełnie tego nie planowałam. Nie żebym nie chciała nowych mebli, może bym i chciała, ale najzwyczajniej w świecie mam zbyt mało ścian, żeby je wszystkie pomieścić. Na dodatek przywędrowały nie same, a w towarzystwie trzyosobowej skórzanej kanapy... Ciśnienie nie od razu mi skoczyło, najpierw myślałam, że się z tym uporam, jakoś pomieszczę, w końcu... zrobi się przytulniej i tyle. Lekki stres pojawił się dopiero, gdy rzeczywiście zaczęłam to wszystko ustawiać. Nijak mi to nie chciało pasować. 
W związku z małym kryzysem logistycznym i ogólnym oglądem sytuacji, zwątpiłam w swoje pierwotne założenie co do kolorystyki, na jaką się nastawiałam planując malowanie witryn. Pierwotne, kiedyś wszechobecne modne venge z płyty meblowej zamierzałam przerobić na "drewniane" i bardzo stare grafitowe cudeńka, które będą zdradzały swoją bladoróżową intrygującą przeszłość... Dlatego też szukałam farby kredowej, która na takie nonszalancje w tworzeniu niejako historii mebla by mi pozwoliła ;) Plan był, pisałam o tym wcześniej w poście. Ale zrobiło się w tym moim niewielkim w sumie salonie bardzo tłoczno, a przeważająca większość mebli była kolorystycznie zdecydowanie bliżej czerni, co dawało jednak lekkie uczucie przytłoczenia. Bałam się, żeby nie utknąć w jakimś schemacie biało-czarnego wnętrza. Wątpliwości, wątpliwości....któż ich nie ma. Ja - na każdym etapie.

Wnętrze witryn zdecydowałam, aby było w kolorze Old White. I to naprawdę strzał w dziesiątkę. Oczywiście przemalowanie ciemnych mebli zawsze jest problematyczne, ale praca z farbą Annie Sloan jest naprawdę komfortowa. Nie kapie, ma znośny zapach, można malować w przerwie między pierwszym a drugim śniadaniem, odbierać telefony, plotkować na ig... czyli farba doskonała ;) Ale poważnie - naprawdę malowało mi się tą farbą bardzo dobrze i wszytko wyszło tak, jak miało wyjść. 






Po pierwszej białej warstwie, żeby nie tracić czasu zabrałam się za drugi kolor, tym razem delikatny róż - Antoinette.






I tak oto mebelki w kolorze Antoinette zagościły w moim salonie i zrobiło się całkiem jasno. Na tym etapie dopadły mnie wątpliwości. Przemalowałam całość raz jeszcze, żeby kolor był jednolity i przyznam, że trochę już czułam się zmęczona, bo to jednak dwa całkiem sporych rozmiarów meble.





Zostawię Was na chwilę z tą wersją kolorystyczną niedokończonej witryny. U mnie przez kilka dni była właśnie taka, gdyż nie mogłam się zdecydować co dalej. Nawet wszystkim się taka podobała, co mocno mnie zbiło z tropu. Ale, ale... Do zobaczenia w następnym poście Kochani. Bo z tego malowania zrobiła się naprawdę długa przygoda.





l o v e 

FARBY KREDOWE ANNIE SLOAN
PĘDZEL AUTENTICO
KUBEK DUKA

Custom Post Signature

Custom Post  Signature