Top Social

.

agnetha.home

LIFESTYLE & INTERIOR BLOG

Featured Posts Slider

Image Slider

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

NA STOLE


Milczenie jest złotem, prawda? Zatem powinnam być już paskudnie bogata, jeśli wziąć pod uwagę moją aktywność influencera.
Uśmiecham się. Bo wokół tyle się dzieje, że z nadmiaru nie umiem przesiewać, żeby Wam pokazać wszystko na bieżąco. Nie starcza mi energii, żeby po nocach pisać posty, a wybór spośród tematów, które piętrzą się już w mojej wirtualnej szufladce "do publikacji" jest po prostu na tym etapie wprost niemożliwy dla mojej strategicznej natury. Bo jak ten temat, to nie inny, a inny może jest lepszy, a jeszcze inny lepszy na początek, a jeszcze inny inny tylko zajawkowy, bo ten wcześniejszy może lepiej zostawić sobie na bardziej odpowiedni moment....ale nie, nie, trzeba by ten, bo za chwilę będzie nieauktualny.... 
Jak zabawnie by to nie brzmiało, ograniczona czasówka ostatnimi czasy powoduje, że nie ograniam samej siebie w tym wirtualnym wydaniu. 

A dzisiaj piszę posta, bo mam nadwyżkę czasu, wstałam o kosmicznej porze i znów zmienił mi się odrobinę rytm dnia, ale też może i dlatego, że gdy chciałam wrócić pamięcią do pewnych wydarzeń, dojrzałam czarną dziurę w swoich publikacjach. I w sumie szkoda mi się zrobiło, bo bez motywacji, żeby coś uwiecznić na zdjęciach, umknęły mi zmiany, jakie sama zrobiłam. Pstryk. Zatem najwyższy czas otworzyć swój pamiętniczek i publikować co się da. 

Te dzisiejsze zdjęcia to fragment materiału przygotowywanego przeze mnie do mazaynu Alike Lifestyle Magazine. Takie moje hobby, żeby złożyć wirtualny magazyn, sztuka dla sztuki. Bezprofitowo. Ale napotkałam szereg przeszkód, choćby dlatego, że pracuję nad tym sama, że taka praca to dla reszty domowników nie do końca "praca" więc pewnie woleliby, żebym wieczory spędzała z nimi, i nie mówiła, że jestem dziś wykończona, bo od dziesięciu godzin "realizuję sesję".... Choć to fantastyczne zajęcie, to jednak trudno mi się wywiązać ze wszystkiego, co sama sobie narzucam, w terminie i w takim kształcie jak bym chciała. Ale co jakiś czas staję przed lustrem i pytam samą siebie, czy aby na pewno muszę być taka staranna, czy rzeczywiście muszę zrobić coś od A do ZET, żeby czuć satysfakcję z tego, co robię? Może zbyt dużo bym chciała.... Oj tak, to troszkę przerost ambicji. Zdecydowanie mniej znaczy lepiej. Dlaczego? Bo mniej to zawsze więcej niż nic. 
Na razie wrzucam więc zajawkę, bo nigdy nie wiadomo, co będzie jutro, więc nie ma co chomikować wszystkiego na potem. I obiecywałam, ze magazyn będzie w kwietniu, ale w kwietniu mogę nie dać rady, gdyż do szóstego maja mam urwanie d. Ale to urwanie wiele dla mnie znaczy i poniekąd myślę, że i dla mojej obecności tutaj również, bo chodzi o moje plany zawodowe i małą zmianę, a raczej ukierunkowanie moich pasji. Zaraz po wakacjach otwieram znów firmę, o nieco innym profilu, ale jeszcze bardziej wnętrzarską, i muszę teraz troszkę powalczyć o jej przyszły kształt. 

Kochani, uściski dla Was na dobry dzień! Lecę, bo już mi się lawinowo zawęża znów czasówka.... grrrrr.... Do szybkiego zobaczenia, baj.










DO SESJI WYKORZYSTAŁAM:
ZASTAWA BLOOMINGVILLE SANDRINE | OBRUS LNIANY KOLOR NATURALNY SO_LINEN | WINIETKI NAPISANE ODRĘCZNIE NA CZERPANYM PAPIERZE | SZTUĆCE  DZIEDZICZONEJ RODZINNIE

MAŁY APEL
Ta gałąź jabłoni jest obecna na zdjęciu nie z kaprysu, a wyłącznie dlatego, że przycinałam drzewko w swoim ogrodzie. Kochani, nie zrywajmy pięknie kwitnących drzew wyłącznie dla naszej potrzeby posiadania kwiatów jabłoni, śliwy czy wiśni na stole. Wykorzystajmy wiosenne zabiegi w naszych ogrodach tak, aby to co ucinamy wstawić jeszcze do wazonu w domu, a jeśli nie mamy ogrodu to rozejrzyjmy się, czy właśnie ktoś nie przycina drzewek u siebie. Tak chyba będzie lepiej dla naszych magnolii i wszystkich przepięknych o tej porze roku drzewek owocowych... ;)
środa, 6 lutego 2019

RÓŻOWA SOFA

KOLOR ROKU 2019: PANTONE 16-1546 LIVING CORAL




To było lata temu. Ale to nie była różowa kanapa. To był brudny oliwkowy welur, przypominający trochę sztruksową torebkę mojej ciotki  w wersji makro. Taki, który godzinami można było gładzić gdy padały na niego przez okno promienie słońca, a on zmieniał się za każdym razem o jeden, dwa tony stając się ciemniejszy lub odwrotnie. Torebka była na magnes, z dużą klapą. Pojemna, żeby nie powiedzieć przepastna (to jedno z moich ulubionych słówek). Pewnie dlatego ciotka jeździła z nią na wycieczki we wschodnim kierunku, a jej torebka niejedno w życiu widziała. Podobnie ta kanapa - była tam jeszcze zanim babcia zaczęła wynajmować to mieszkanie. Jasne, na poddaszu, z ciemnymi drewnianymi drzwiami i kredensem w starym dobrym stylu z kluczykami w drzwiczkach. Z tego kredensu, gdy babcia się stamtąd wyprowadzała, dostałam cztery ręcznie malowane włoskie talerze, których z całą pewnością babcia nie kupiła. Albo tam już były, albo…, no właśnie, mogę tylko snuć domysły. Zostawmy to na kiedy indziej. Podłokietniki niestety były jedynie obite welurem od góry i nie na tyle miękkie, żeby móc na nich uciąć sobie dyskretną drzemkę, natomiast siedzisko wciągało każdego tak głęboko, że przy problemach z wagą, kręgosłupem albo z wiekiem, konieczna była pomoc drugiej osoby, żeby się z niej uwolnić. Nie pamiętam dobrze, czy była trzyosobowa, czy może jeszcze szersza… moja percepcja sprzed prawie trzydziestu lat była beztrosko ukierunkowana na nieco inne sprawy i takie szczegóły zwyczajnie mi uciekły. Niektóre ważne rzeczy niestety również… Ale to teraz bez znaczenia. Istotne było to, że siedzisko składało się z kilkunastu dużych, luźnych kwadratowych poduch, które wieczorem zamieniały się w łóżko dla naszej gromadki. Spaliśmy na nich ułożeni w różne kierunki, w zależności od stopnia zażyłości ramię w ramię lub w nogach. Poranne wstawanie zatem było przymusowo wczesne, gdyż jedyna droga do otwartej kuchni, co babcia ukrywała za równie oliwkową, jakby celowo dobraną do kanapy zasłoną przesuwaną na ukrytej w suficie szynie, prowadziła właśnie przez ten kawałek podłogi. Pościel zatem szybko lądowała u babci w sypialni, a welurowe cuda z powrotem na drewnianej konstrukcji kanapy. I jeszcze przed pierwszą poranną kawą, którą pili dorośli, mieliśmy z kuzynem zadanie, żeby pomiędzy poduszkami w siedzeniu, bo były ich dwie warstwy, powkładać wygładzone i minimalnie złożone świeżo uprane przez babcię tiszerki, spodenki, serwetki na stół, nawet bieliznę, a to dlatego, że nie było w mieszkaniu babci żelazka. Nie wiem, czy rzeczywiście go nie potrzebowała, czy chowała je jedynie na nasz przyjazd, wykorzystując zwyczajnie fakt, że gdy potem wysiadując popołudniami kanapę i grając w chińczyka, maglowaliśmy tyłkami wszystko co się dało. 




Trzy lata temu Pantone również wybrał jako kolor roku odcień różu. Od tamtego czasu rzeczywiście można powiedzieć, że róż na nowo zaczął pojawiać się w naszych domach. Wcześniej zarezerwowany był dla pokoju dziewczynek i każdy kto próbował wyjść z nim nieco dalej, z trudem mógł znaleźć u producentów dodatki czy nawet farby do ścian w takim różu, który nie czynił z nas fanów Hello Kity. Teraz jest zupełnie inaczej. I choć osobiście już dwukrotnie romansowałam z takim różem, i naprawdę wielu ze zdziwieniem nawet twierdziło, że to zaskakująco miłe dla oka rozwiązanie, to z początkiem tego roku u mnie róż znów został zdegradowany do rangi dodatków. Zniknął ze ściany w kuchni, tak samo jak wcześniej pod warstwą grafitowej farby na witrynach w salonie. Ale gdzieś tam się wciąż przebija i może gdyby nie ten róż, to ten grafit nie byłby taki, jaki jest. Puszczam do Was oko, bo to takie niuanse i zwykłemu śmiertelnikowi nie przyszłoby do głowy, żeby doszukiwać się koloru podkładu na obrazie, który nam się podoba i twierdzić, że bez tej dwunastej warstwy poniżej, ostatnia, na którą patrzymy nie byłaby taka sama. No cóż, jak już nie będzie czym sobie zaprzątać głowy, to można pomyśleć o tym, że gdyby nie te wakacje u babci i welurowa oliwkowa kanapa, nie miałabym dziś wyobrażenia jak wiele odcieni zieleni istnieje na tej ziemi… Warstwa po warstwie zbieramy doświadczenia, a w przeciągu lat zmienia się nasze spojrzenie na świat, na innych, na przedmioty. Z czasem, jest szansa, że dostrzegamy jak bardzo złożony jest to świat i jak trudno spoglądając na coś tylko w jednym konkretnym świetle, móc zrozumieć i rozszyfrować całą jego głębię.
I wniosek mam tylko jeden - ograniczony w tym poście wyłącznie do tej kanapy - że naprawdę istotne jest to, co kryje się pod zewnętrzną warstwą farby oraz fakt, że zwykły mebel może tak wiele dla nas znaczyć.









ŹRÓDŁO ZDJĘĆ PINTEREST


Dobrego dnia i do następnego posta.
Będzie moodboard, bo na jeden raz byłoby za dużo ;)


środa, 31 października 2018

JAK SIĘ TAK ZASTANOWIĆ, TO...

Dzień dobry po przerwie w dostawie świeżych postów.

Czasem zastanawiam się, czy gdybym zaczęła pisać kompletnie nowego bloga, to nie dotarłabym do większej liczby odbiorców, niż wracając co jakiś czas tutaj i próbując utrzymać się na powierzchni medialnego oceanu. A to bardzo niespokojne wody i w dodatku roją się od krwiożerczych bestii ;) Ale chyba jestem za wygodna na budowanie nowego wizerunku. Bezwstydnie zatem wykorzystam ten, który już mam, i napiszę jak gdyby nigdy nic, co u mnie słychać.



Nie wiem, czy już Wam kiedyś mówiłam o mojej fascynacji jesienią.... Z pewnością tak. Wszystkim wkoło o tym mówię, zwłaszcza, jak panie w kolejce po mięso na kotlety narzekają na chłód i krótkie, ciemne dni. Odzywam się wtedy nie pytana i udzielam arcymądrych rad, jak sobie poradzić z tą niechęcią do tej cudownej pory roku. Ot, taka blogerka ze mnie, co wie prawie wszystko i potrafi rozganiać przeróżne demony. Zwłaszcza, jak w grę wchodzi dom, brak światła, szaro bure nastawienie, które przekłada się wszak na to, co wokół nas. 

Tak już mam, że uważam iż gołe i suche gałęzie są ładne, pozwijane brunatne liście podobnie, ciemności za oknem natomiast są pretekstem do zdmuchnięcia kurzu z pudeł ze świątecznymi lampkami już w listopadzie. Nie rozumiem kompletnie, co w tym złego, że rozświetlę sobie dom i poczuję się lepiej? Nikomu tym przecież nie szkodzę, a co więcej, innych może do tego przekonam. 

Światło, świece i suche gałęzie.... Do tego dorzucam szczyptę kakao i trzask nagrzewającego się piecyka (czuję się, jakbym codziennie chodziła do sauny, hihi) - kwintesencja jesieni. Spacery z psem teraz są najpiękniejsze i najdłuższe, A każdy z nich grozi kolejną szyszką przywleczoną w kieszeni do domu. I jak tu nie kochać października? Jak nie kochać listopada?! Właśnie, nie da się!

Walczę dziś z bardziej przyziemnymi problemami, niż miłość/brak miłości do przyrody i jej kaprysów pogodowych. To dla mnie jak masło na bułce z rana, zawsze mi smakuje. Gonią mnie, jak każdego z nas, troski, rachunki i grafiki, zdrowie i życiowe znaki zapytania. Ale z drugiej strony, gdy się nad tym zastanowić, to wielkie i małe rzeczy równoważą się w tym całym kociołku zwanym codziennością, więc wniosek nasuwa mi się następujący - niech będzie po równo ważnych i błahych tematów w naszym życiu, niech będzie słodko-gorzko, a my, mając taką moc i władzę nad domem, róbmy wszystko, by jesień była piękna w naszych oczach i w odczuciu najbliższych. Co Wy na to?









Cudownego długiego weekendu Kochani. 
Jak tylko odejdę od komputera to biegnę jeszcze zrobić co nieco w ogrodzie. Bo....piękna jesień za oknem ;) 


l o v e

ŚWIECZNIK HOUSE DOCTOR scandiconcept.pl

Custom Post Signature

Custom Post  Signature