Codzienny rytuał zasypiania może nawet dla platynowej mamy albo taty być rutynową czynnością, w której brakuje różnorodności. Teraz wieczory są długie i nasze szykowanie się do snu wygląda inaczej niż latem, kiedy syneczek zagoniony po całym dniu wrażeń i ruchu, zasypia w mgnieniu oka. Teraz przydają się książeczki, ale nie zawsze znajduję odpowiednie, albo po prostu nie chce mi się czytać bajeczki, którą już prawie znam na pamięć.
Więc kładę się obok synusia, układam wygodnie, zamykam oczy i opowiadam, co mi tylko przyjdzie do głowy, synuś niesiony opowieścią czasem dorzuca jakiś element historyjki, czasem też sam opowiada odcinek, a nazajutrz tworzy ilustracje do naszej baśni. Wygląda to tak...
STORY O KSIĘCIU WALERYM
Dawno, dawno temu, w kraju zamieszkiwanym przez dobrych ludzi, kochających swojego króla, z wzajemnością, w zamku na skale, wysoko, wysoko, urodził się książę. Imię, które nadała mu matka było imieniem pięknym, o sile ochronnej tarczy, która miała bronić chłopca przed złem i smutkiem , i brzmiało Walery.
Młody książę wychowywał się otoczony miłością wszystkich, w poczuciu, że świat jest życzliwy i piękny, bez początku i końca. Umysł miał otwarty, a serce wrażliwe, dlatego pewnie gdy dorósł, przejął się ogromnie słysząc pogłoski o rabusiach i gnębionych mieszkańcach sąsiedniego
królestwa. Otwierał z niedowierzania oczy, kiedy jego osobisty doradca i opiekun, opowiadał, jak zbóje rabują spiżarnie, pozostawiając ludzi na zimę bez zapasów żywności. Były to historie mrożące błękitną krew w żyłach Walerego i wyciskające szczere łzy z jego bursztynowych oczu.
Kiedy nadszedł pierwszy jesienny chłód i spadł pierwszy liść ze starego dębu na dziedzińcu, w cieniu którego Walery bawił się beztrosko jako dziecko, w umyśle młodego księcia zaczęła kiełkować myśl o wielkiej wyprawie. Nękany troską o obrabowanych ludzi, postanowił wyruszyć w nieznane, by położyć kres poczynaniom łobuzów.
Wszyscy na zamku ze ściśniętymi z żalu i niepokoju gardłami, nic nie mówiąc, pakowali Waleremu na drogę słodkości, lizaki w kształcie kwiatów i różowych serc, od których robiło się księciu lżej i droga, w którą wyruszał, wydawała się mniej przerażająca.
A kiedy spakowali już wszystkie cukierki i orzechy, budynie, rodzynki i bezy, to jego największy przyjaciel podarował mu coś jeszcze - lśniącą i lekką jak piórko zbroję, potem osiodłał mu najlepszego w królestwie rumaka, a do siodła przypiął miecz i złoty topór, tak na wszelki wypadek... ;)
"Książę - rzekł przyjaciel podając mu okrągłą tycią puszeczkę - czyść zbroję tym mazidłem codziennie, by oświetlała ci swym blaskiem drogę, nawet w najciemniejszą noc, a broni używaj tylko na złoczyńców oraz by porąbać drwa na ognisko, kiedy rozbijesz obóz, żeby odpocząć".
Książę Walery, jako rycerz w lśniącej zbroi, nie oglądał się za siebie, gdy opuszczał swój dwór, choć kochał bezgranicznie wszystkich jego mieszkańców. Patrzył śmiało przed siebie i krzepiąco przemawiał do swojego konia, którego przepiękna długa grzywa i ogon, poruszały się na wietrze niczym proporzec, i jeszcze długo były widoczne z zamkowej wieży, gdy książę znikał na horyzoncie z oczu matki.
Po sześciu dniach i sześciu nocach swojej wędrówki, pewnego mglistego poranka, książę Walery usłyszał wśród drzew odgłos żelaza i głośne rozmowy. Szybko zorientował się, że to zbójcy, dzielący między sobą łup ostatniej nocy, gdyż śmiali się i wyliczali komu przypadnie ile mąki, a komu kukurydza, komu grzybki w occie, a komu dżem z borówek. Spiął konia, złapał za rękojeść miecza, zmarszczył groźnie czoło i ruszył śmiało w ich kierunku.
Było ich ośmiu, ogromnych, barczystych i brodatych zbójów, którzy ze zdziwieniem patrzyli na zbliżającego się do nich przybysza. On natomiast nabrał w płuca chłodnego powietrza i zawołał tak głośno, jak tylko potrafił: "Stać!! Jestem książę Walery i rozkazuję wam oddać co nie wasze oraz przeprosić tych, którym wyrządziliście krzywdę!! Inaczej porachuję wam kości!!!"
Oj nie tak łatwo było ich do tego szlachetnego czynu przekonać, oj niełatwo. Co innego rabusiom było w głowach... Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i w mgnieniu oka wyciągnęli pordzewiałe sztylety pochowane w cholewkach zbójeckich buciorów. Walery musiał użyć miecza, a potem i złotego topora, żeby ich nastraszyć, i rach, ciach wymachując nimi ze złowrogą miną, przegonił w końcu zbójów, którzy uciekali w popłochu, porzucając wszystko, co do nich nie należało...
Hmmm - pomyślał zaskoczony książę - nie było wcale tak trudno..., a pająki w samo południe poniosły wieść o jego odwadze do wszystkich domów w nieszczęśliwym królestwie, wijąc swe sieci niczym delikatnie tkana nadzieja, która oplata serce człowieka.
...
A w następnej części opowiadania będzie o tym JAK KSIĄŻĘ WALERY POZNAŁ KAROLCIĘ I WIELKĄ TAJEMNICĘ...Dawno, dawno temu, w kraju zamieszkiwanym przez dobrych ludzi, kochających swojego króla, z wzajemnością, w zamku na skale, wysoko, wysoko, urodził się książę. Imię, które nadała mu matka było imieniem pięknym, o sile ochronnej tarczy, która miała bronić chłopca przed złem i smutkiem , i brzmiało Walery.
Młody książę wychowywał się otoczony miłością wszystkich, w poczuciu, że świat jest życzliwy i piękny, bez początku i końca. Umysł miał otwarty, a serce wrażliwe, dlatego pewnie gdy dorósł, przejął się ogromnie słysząc pogłoski o rabusiach i gnębionych mieszkańcach sąsiedniego
królestwa. Otwierał z niedowierzania oczy, kiedy jego osobisty doradca i opiekun, opowiadał, jak zbóje rabują spiżarnie, pozostawiając ludzi na zimę bez zapasów żywności. Były to historie mrożące błękitną krew w żyłach Walerego i wyciskające szczere łzy z jego bursztynowych oczu.
Kiedy nadszedł pierwszy jesienny chłód i spadł pierwszy liść ze starego dębu na dziedzińcu, w cieniu którego Walery bawił się beztrosko jako dziecko, w umyśle młodego księcia zaczęła kiełkować myśl o wielkiej wyprawie. Nękany troską o obrabowanych ludzi, postanowił wyruszyć w nieznane, by położyć kres poczynaniom łobuzów.
Wszyscy na zamku ze ściśniętymi z żalu i niepokoju gardłami, nic nie mówiąc, pakowali Waleremu na drogę słodkości, lizaki w kształcie kwiatów i różowych serc, od których robiło się księciu lżej i droga, w którą wyruszał, wydawała się mniej przerażająca.
A kiedy spakowali już wszystkie cukierki i orzechy, budynie, rodzynki i bezy, to jego największy przyjaciel podarował mu coś jeszcze - lśniącą i lekką jak piórko zbroję, potem osiodłał mu najlepszego w królestwie rumaka, a do siodła przypiął miecz i złoty topór, tak na wszelki wypadek... ;)
"Książę - rzekł przyjaciel podając mu okrągłą tycią puszeczkę - czyść zbroję tym mazidłem codziennie, by oświetlała ci swym blaskiem drogę, nawet w najciemniejszą noc, a broni używaj tylko na złoczyńców oraz by porąbać drwa na ognisko, kiedy rozbijesz obóz, żeby odpocząć".
Książę Walery, jako rycerz w lśniącej zbroi, nie oglądał się za siebie, gdy opuszczał swój dwór, choć kochał bezgranicznie wszystkich jego mieszkańców. Patrzył śmiało przed siebie i krzepiąco przemawiał do swojego konia, którego przepiękna długa grzywa i ogon, poruszały się na wietrze niczym proporzec, i jeszcze długo były widoczne z zamkowej wieży, gdy książę znikał na horyzoncie z oczu matki.
Po sześciu dniach i sześciu nocach swojej wędrówki, pewnego mglistego poranka, książę Walery usłyszał wśród drzew odgłos żelaza i głośne rozmowy. Szybko zorientował się, że to zbójcy, dzielący między sobą łup ostatniej nocy, gdyż śmiali się i wyliczali komu przypadnie ile mąki, a komu kukurydza, komu grzybki w occie, a komu dżem z borówek. Spiął konia, złapał za rękojeść miecza, zmarszczył groźnie czoło i ruszył śmiało w ich kierunku.
Było ich ośmiu, ogromnych, barczystych i brodatych zbójów, którzy ze zdziwieniem patrzyli na zbliżającego się do nich przybysza. On natomiast nabrał w płuca chłodnego powietrza i zawołał tak głośno, jak tylko potrafił: "Stać!! Jestem książę Walery i rozkazuję wam oddać co nie wasze oraz przeprosić tych, którym wyrządziliście krzywdę!! Inaczej porachuję wam kości!!!"
Oj nie tak łatwo było ich do tego szlachetnego czynu przekonać, oj niełatwo. Co innego rabusiom było w głowach... Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i w mgnieniu oka wyciągnęli pordzewiałe sztylety pochowane w cholewkach zbójeckich buciorów. Walery musiał użyć miecza, a potem i złotego topora, żeby ich nastraszyć, i rach, ciach wymachując nimi ze złowrogą miną, przegonił w końcu zbójów, którzy uciekali w popłochu, porzucając wszystko, co do nich nie należało...
Hmmm - pomyślał zaskoczony książę - nie było wcale tak trudno..., a pająki w samo południe poniosły wieść o jego odwadze do wszystkich domów w nieszczęśliwym królestwie, wijąc swe sieci niczym delikatnie tkana nadzieja, która oplata serce człowieka.
...
love
agnieszka n.




