Top Social

.

LIFESTYLE & INTERIOR BLOG

Featured Posts Slider

Image Slider

sobota, 18 maja 2019

TO JUŻ PRAWIE 15K DNI


Dzień dobry Kochani.

Wreszcie jest ciepło i można spędzić sobotę na zewnątrz. Jak ja lubię takie dni. Ten spokój, jaki mam wokół domu, troszkę na uboczu, ale nie w oderwaniu od rzeczywistości. Wsiadam w samochód i wtedy świat się błyskawicznie kurczy. Albo zaglądam komuś w Australii do kuchni, bo przecież mogę to zrobić zwyczajnie korzystając ze smartfona. Ech, jaka ze mnie szczęściara, że żyję w tych czasach i w sumie nie dostrzegam nawet już tylu życiowych pułapek, co kiedyś. Doceniam. Tak, to dobre określenie tego, co dzisiaj czuję. Skończyłam czterdzieści jeden lat. Starałam się niepostrzeżenie, na paluszkach, żeby nikt nie robił z tego afery, bo w sumie to nie wiem jeszcze, czy nie zaczęłabym się zastanawiać nad upływem czasu, gdyby zrobiło się wokół tego zamieszanie. Zupełnie inaczej niż w wypełnianiu tych 14 971 dni mojego dotychczasowego życia, kiedy to starałam się każdą minutę zaznaczyć w kalendarzu na czerwono, żeby niczego nie przegapić, żeby mi nic nie umknęło, żebym o wszystkim pamiętała nawet po tych kilkunastu tysiącach dni... Uważność to jedna z cech, jakich można się nauczyć z wiekiem, jednak mam wrażenie, że zawsze zbyt intensywnie interpretowałam wszystko wokół. Ale dzięki temu jestem dzisiaj tu, gdzie jestem. I to jest dobre. To mnie uszczęśliwia.

Gotowanie sprawia mi o tyle większą radość, że nie szukam w nim skomplikowanych receptur. No i mam własną kuchnię, to naprawdę ma znaczenie. Coraz częściej akceptuję, że pewne rzeczy mi po prostu nie wychodzą i szkoda czasu na eksperymenty. Wolę skupić się na tym, co mnie nie frustruje ( ;) ). Myślę, że każdy z nas gotuje z większym zaangażowaniem, jeśli sprzyja temu przestrzeń. Urządzanie domu, aranżacja i stylizacja, to coś więcej niż układ mebli i dodatków. Za każdym razem, gdy doradzam komuś jak wydzielić dobrze strefy funkcjonalne w domu i jak zapewnić każdej z nich specyficzną "współzależną autonomiczność" [to w sumie moje autorskie pojęcie, które wynika z mojego rozumienia wnętrz, a przede wszystkim ludzi, którzy w nich żyją] , wiem, że dobrze poznając potrzeby osoby, której doradzam, uda się odnaleźć receptę na takie harmonijne i pełne realizowanie swoich potrzeb. Bo dom to przecież ludzie. Tak kochani, to Wy. Ja. I nasze marzenia

Staram się w swoim domu odkrywać na nowo pewne zapomniane schematy. Zastanawiam się nad tym, ile przypadku, ile konieczności, a ile świadomych wyborów było w urządzaniu domów moich babć, tego jak organizowały sobie kuchnie, jak podchodziły do gotowania. Moja jedna babcia w tym roku skończy 90 lat. I codziennie gotuje dla siebie posiłki, od wielu tysięcy dni swojego pięknego życia w takich właśnie emaliowanych garnkach, jak te na zdjęciach, które i ja z sentymentem zaprosiłam do siebie. Bo zdrowe,  tanie, ekologiczne, lekkie, piękne, spójne z moją estetyką....i jakoś dają mi do myślenia. Choć nie zamierzam rezygnować z nowinek, które mogą polepszać jakość mojego życia, to lubię takie smaczki, które przekonują mnie, że wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni, a co za tym idzie łatwiej mi zrozumieć czyjeś wybory. Warto czasem uświadomić sobie, że niektóre rzeczy przetrwały próbę czasu i może wtedy spojrzymy na nie bardziej przychylnym okiem. 







Podchodząc do tematu garnków bardziej od strony praktycznej, oczywiście znajdziecie w sieci dużo artykułów, które niezaprzeczalnie potwierdzą to, że gotowanie w emalii jest zdrowe i łatwe. I tanie, bo ceny tych garnków nie są wcale przerażające. Same garnki natomiast mają dzisiaj przeróżną stylistykę, co może przekonać do nich nawet zwolenników bardziej nowoczesnych wnętrz. Nie będę zatem powielać tych informacji, [poszukajcie garnków pod linkiem na końcu posta] a napiszę parę słów o swoich doświadczeniach. 

Ja gotuję (indukcja) przede wszystkim w garnkach ze stali nierdzewnej, z powłoką ceramiczną i teraz też w emaliowanych. Pozbyłam się ostatnio okrutnie ciężkich garnków z anodowanego aluminium z utwardzaną powłoką teflonową. Niestety, ponieważ garnki zawsze myję w zmywarce, z czasem i tak ta powłoka uległa uszkodzeniu, a wiadomo konsumpcja teflonu nie jest pożądana ;) Emalia, o ile nie jest uszkodzona, jest jedną z najzdrowszych powierzchni do przygotowywania posiłków. I niezwykle skutecznie i oszczędnie pożytkuje energię, więc gotuje się szybko i smacznie, no i oczywiście zdrowo, bo nic nam nie wchodzi w niepożądaną reakcję chemiczną w wysokich temperaturach. Nie zastanawiałam się prawdę mówiąc nad procesem technologicznym wytwarzania garnków emaliowanych, żeby stwierdzić jednoznacznie, że ich produkcja ma jakąś przewagę nad innymi dostępnymi na rynku naczyniami. Bo gdyby tak było, to przymiotnik eko znaczyłby ekologiczny względem i człowieka i środowiska. A mogę zakładać w ciemno, że produkcja naczyń pokrywanych teflonem musi być procesem o dużo większym impakcie ekologicznym zarówno na środowisko, jak i na ludzi pracujących w tym przemyśle, a ich utylizacja również nie jest taka łatwa.   
Niestety mam średnie doświadczenia z powłokami ceramicznymi - wszystkie garnki i patelnie mi się rysują, mimo, że używam tylko drewnianych przyborów do mieszania.  Ale to może wina mycia ich w zmywarce. No ale tego to już nie zmienię ;)




Uściski kochani!
Cudownego weekendu dla Was!
l o v e


GET THE LOOK






piątek, 10 maja 2019

NIEBANALNE KWIATY NA STOLE


Dekorując stół nie zawsze musimy trzymać się jednego schematu. Podobnie jak z podróżowaniem - przynajmniej raz w roku trzeba pojechać w nowe miejsce. Ponoć tak jest, gdzieś zasłyszałam, więc staram się czasem wychodzić ze swojej strefy komfortu i i przyglądam się mapie w nieco innym miejscu niż dotychczas.... Ale wróćmy do stołu. 

Papierowe kwiaty to z pewnością nie jest typowe rozwiązanie. Sztywna krepina, z której można wyczarować kwiaty niespotykane w naturze, w kolorach, jakie nam się zamarzą. Taki detal można przygotować sobie zdecydowanie wcześniej, przetestować, zastanowić się. A gwarantuję, że każdy z Waszych gości skomentuje ich obecność na stole, bo trudno przejść obok nich obojętnie. 
Udekorowałam ostatnio dwa razy stół wykorzystując właśnie takie kwiaty, a dzisiaj pokazuję Wam jedną z takich stylizacji. Muszę Wam powiedzieć, że choć początkowo obawiałam się, że "czegoś" może brakować takiemu przybraniu, to teraz ze stuprocentową pewnością będę sięgała częściej po to rozwiązanie. Uniwersalne, przemyślane, urokliwe i to w każdej wersji - zarówno barwnej, nieco tradycyjnej, jak i w monochromatycznym wydaniu, gdy zależy nam na lekkości i jasnej stylizacji, podkreślającej uroczysty charakter okoliczności.
Jeśli znajdziecie w tym rozwiązaniu inspirację dla swoich potrzeb, to polecam Wam zajrzeć do pracowni Z Rózgą do Ślubu, gdzie o sztuce bibułkarstwa i jej ponadczasowym charakterze dowiecie się dużo więcej, i gdzie możecie kupić piękne kwiaty na wyjątkowe okazje. Jedno jest pewne - taki kwiat po wielu, wielu latach, nadal wygląda obłędnie.

Na zdjęciach kwiaty wykonane przez Anię Rulecką, właścicielkę sklepu i autorkę wszystkich projektów, uzupełniłam swoją wariacją na temat tej sztuki. Nie mogłam się oprzeć próbie zwinięcia paru kwiatków własnoręcznie ;) Myślę, że całkiem nieźle mi poszło :) Również Was do tego gorąco zachęcam, a jeśli mielibyście ochotę na naukę tej sztuki, to również powinniście zaglądać regularnie na dwa profile Ani na Instagramie: @zrozgadoslubu i @folkisz, gdzie pojawiają się na bieżąco wiadomości, gdzie można Anię spotkać, aby podziwiać jej pracę, lub gdzie Ania organizuje warsztaty bibułkarstwa artystycznego. Polecam z całego serca. 

Reszta stylizacji również jest niebanalna, bo w każdym detalu widać ukłon w stronę rękodzieła i naturalnych materiałów. Ta konsekwencja powoduje, że całość ma swój surowy, ale bardzo elegancki charakter. Mogę pokusić się nawet, aby powiedzieć, że to taki domowy luksus, bo rzeczywiście mamy na stole naturalny len, z którego uszyto piękny obrus w pracowni So Linen, przepiękną skandynawską ceramikę, którą znajdziecie w Pogodnych Wnętrzach, i jedwabną wstążkę w delikatnym odcieniu ivory, który jest efektem pracy Atelier September.... No cóż, nie mogę Wam polecić tylko jednego.... I nie dlatego, że się nie sprawdza, że nie chcę, czy że jest nieosiągalne. Wręcz odwrotnie. Zdecydowanie, oprócz suchych traw, to element stylizacji ogólnodostępny, za parę złociszy we wszystkich placówkach sprzedających wyroby zawierające ekstrakt chmielu :))) Ale nie mogę Was do niczego namawiać, bo przecież po prostu nie mogę. Ale to brązowe szkło jest niczego sobie, mówię Wam :)













love



czwartek, 2 maja 2019

BIG IN JAPAN


BIG IN JAPAN
{o oryginalnym sposobie na życie, niezależnym myśleniu, o tym jak trudno się wybić, gdy nie ma się odmiennych poglądów, talentu, daru, czyli nie będąc wielkoludem pośród małych ludzi;
o ludziach trybikach i wielkich jednostkach;
o świadomej pracy nad sobą;
o akceptacji siebie i innych}

Utarł się stereotyp, że łatwiej jest odnieść sukces, gdy mamy wielki talent, który wystarczy w sobie odkryć i poświęcić mu godziny nauki, by oszlifować jak diament. Że łatwo zaistnieć, gdy ma się urodę,  elokwencję, pieniądze, wielki dom i temu podobne. A ja Wam powiem, że może i choć jest w tym ziarno prawdy, to z całą pewnością łatwo być zauważonym niejednokrotnie wbrew własnej woli, wtedy, gdy chcielibyśmy właśnie pozostać niewidzialni. Gdybym nie miała nóg i walczyła bezsilnie z wózkiem, by pokonać kolejne schody przed sklepem, gdybym publicznie okazywała miłość ukochanemu będąc gejem, gdybym chowała brak włosów po chemii pod zbyt idealną peruką, gdybym tak wyłamywała się z przyciasnych ról narzuconych mi przez społeczeństwo … Chciałabym, żeby nie postrzegano mnie przez pryzmat mojej odmienności... A jednak wtedy wbrew moim pragnieniom dostrzegano by mnie bez trudu.
Każdy medal ma dwa oblicza, pozytywne i zatrważające, ale niezaprzeczalnie w obu przypadkach, jeśli czymś się wyróżniamy z tłumu, zwracamy na siebie uwagę. Większość z nas lubi i domaga się tej uwagi. Jedni od swoich zapracowanych rodziców, inni od szeroko pojętej publiczności, współpracowników, od sobie podobnych, którym jednak daru oszczędzono. Inni natomiast wręcz odwrotnie, chcieliby tą swoją inność schować przed światem najgorliwiej pragnąc akceptacji i równych szans na szczęście, pracę, czasem nawet życie… Nie mam pomysłu na ludzką nieczułość i brak akceptacji. Na brak zrozumienia, czy ciasne poglądy. Ale wiem, że każdy może odnaleźć w sobie wewnętrzną siłę, by z naszą wewnętrzną wielkością czy innością realizować swoje cele. 

Borykamy się często z własnymi kompleksami i nie jesteśmy w stanie znaleźć w sobie tego big, które wyróżniałoby nas w tej choćby naszej lokalnej ciasnej Japonii. Duże ambicje tłumione w maleńkiej skorupce przeciętności - tak o sobie myślimy. Więc najwyższa pora zmienić to myślenie i odkryć naszą wielkość. Uczynić ze swojej słabości i wrażliwości narzędzie i broń do walki z przeciwnościami. Zacząć ją wykorzystywać w taki sposób, by dawała owoce, tworzyła sztukę, dobro i piękno. Czasem nie musimy być na przodzie kolejki, by dostać od życia największą porcję i najeść się do syta. Czasem wystarczy po prostu być, ale świadomie.  

Trzeba zacząć od pytania, gdzie jest moja Japonia? Ten świat, w którym tak naprawdę powinnam zaistnieć, gdzie mam szansę czuć się dobrze i wyjątkowo, gdzie mam szansę zrealizować swój życiowy plan. Nie ma sensu tracić czas na to, by próbować się dostosować do ram, w których i tak się nie mieścimy. By realizować nie swoje życiowe plany. Nie ma sensu codziennie próbować uszczęśliwiać innych swoim kosztem. Kiedyś i tak okaże się, że to były pozorne działania i zostaniemy sami z poczuciem pustki. Jeśli wybieramy w życiu drogę służenia innym, to wyłącznie dlatego, że to wypływa z naszej potrzeby poświęcenia siebie dla tej idei, inaczej zamiast wielcy, będziemy żałośni i nieszczęśliwi. A prawda jest taka, że nawet bez zębów i łysi, jeśli tylko jesteśmy prawdziwi i uczciwi względem samych siebie i innych, zasługujemy na okładkę Vogue’a. 

Ale co, jeśli niczym się nie wyróżniamy? 
Błąd… Nie ma drugiej takiej istoty jak Ty! Jesteś wyjątkowy dla tych, którzy Cię kochają, dla tych którzy doceniają Twoją pracę, podziwiają Twój charakter, pomagają w codzienności. Wystarczy skupić się przez chwilę na sobie i znaleźć to w sobie, ziarenko, które kiełkuje podlewane życzliwością na żyznej glebie. Trzeba poszukać Japonii, a potem zwyczajnie być sobą. Z maleńkich codziennych spraw uczynić sprawy wielkie poprzez włożone w nie serce. Ze zwyczajnych czterech ścian uczynić dom. Z posiłku obiad, a z pracy pasję. Z miłości związek, a z cierpliwości szczęście i pewność siebie swoich dzieci. Wystarczy przywiązywać należytą wagę do tego, co robimy, aby stać się wielkim człowiekiem. Nie trzeba i nawet niewskazane jest, by w tym wszystkim dążyć do perfekcji. Nie trzeba.    


Piszę Wam to wszystko dlatego, że niełatwo mi samej przyszła ta akceptacja siebie i swoich możliwości. Może to w jakimś stopniu pomoże i Wam zrozumieć pewien schemat i pozwoli się zdystansować do samych siebie. Wielokrotnie życie zmuszało mnie do podejmowania ról, w których nie do końca byłam sobą. Bywało tak, że tłukłam się w swojej skorupce bezskutecznie próbując się wybić ponad tłum, a kiedy indziej znów chciałam po prostu zniknąć, by świat nie odkrył wszystkich moich słabości. Ciężko pracowałam, by wdrapać się na najbliższą górkę, bo widoczny z niej horyzont był jakby trochę szerszy, niż ten , który rozpościerała przede mną codzienność. A gdy już się poszerzał, to z reguły na chwilę, by potem wrócić do swojego wąskiego wymiaru. Może więc gdzieś po drodze straciłam nawet szansę na "porządny zawód" (według ogólnoprzyjętych norm społecznych ;)), może gdybym podjęła inne decyzje, to dziś siedziałabym za biurkiem w jakiejś korporacji i liczyła dni do wylotu samolotu w kierunku Malediwów.... No cóż, może na takie wakacje póki co nie pojadę, ale mam o wiele większą satysfakcję z tego, że się nie pogubiłam tak do końca. I nawet więcej. Choćbym kolejny raz miała ujrzeć szeroki horyzont możliwości tylko na chwilę, gdybym choć na moment miała być wyższa o głowę od całej tej swojej lokalnej Japonii, to chcę się wdrapać na tą górkę. Chcę próbować
I będę. 
A Ty?    














TURBAN LOOKS-BY-LUKS
BLUZKA I SPODNIE ZARA
PIERŚCIONEK I KOLCZYKI PROMOD
PLED MME STOLTZ I MALA SCANDICONCEPT.PL
poniedziałek, 15 kwietnia 2019

NA STOLE


Milczenie jest złotem, prawda? Zatem powinnam być już paskudnie bogata, jeśli wziąć pod uwagę moją aktywność influencera.
Uśmiecham się. Bo wokół tyle się dzieje, że z nadmiaru nie umiem przesiewać, żeby Wam pokazać wszystko na bieżąco. Nie starcza mi energii, żeby po nocach pisać posty, a wybór spośród tematów, które piętrzą się już w mojej wirtualnej szufladce "do publikacji" jest po prostu na tym etapie wprost niemożliwy dla mojej strategicznej natury. Bo jak ten temat, to nie inny, a inny może jest lepszy, a jeszcze inny lepszy na początek, a jeszcze inny inny tylko zajawkowy, bo ten wcześniejszy może lepiej zostawić sobie na bardziej odpowiedni moment....ale nie, nie, trzeba by ten, bo za chwilę będzie nieauktualny.... 
Jak zabawnie by to nie brzmiało, ograniczona czasówka ostatnimi czasy powoduje, że nie ograniam samej siebie w tym wirtualnym wydaniu. 

A dzisiaj piszę posta, bo mam nadwyżkę czasu, wstałam o kosmicznej porze i znów zmienił mi się odrobinę rytm dnia, ale też może i dlatego, że gdy chciałam wrócić pamięcią do pewnych wydarzeń, dojrzałam czarną dziurę w swoich publikacjach. I w sumie szkoda mi się zrobiło, bo bez motywacji, żeby coś uwiecznić na zdjęciach, umknęły mi zmiany, jakie sama zrobiłam. Pstryk. Zatem najwyższy czas otworzyć swój pamiętniczek i publikować co się da. 

Te dzisiejsze zdjęcia to fragment materiału przygotowywanego przeze mnie do mazaynu Alike Lifestyle Magazine. Takie moje hobby, żeby złożyć wirtualny magazyn, sztuka dla sztuki. Bezprofitowo. Ale napotkałam szereg przeszkód, choćby dlatego, że pracuję nad tym sama, że taka praca to dla reszty domowników nie do końca "praca" więc pewnie woleliby, żebym wieczory spędzała z nimi, i nie mówiła, że jestem dziś wykończona, bo od dziesięciu godzin "realizuję sesję".... Choć to fantastyczne zajęcie, to jednak trudno mi się wywiązać ze wszystkiego, co sama sobie narzucam, w terminie i w takim kształcie jak bym chciała. Ale co jakiś czas staję przed lustrem i pytam samą siebie, czy aby na pewno muszę być taka staranna, czy rzeczywiście muszę zrobić coś od A do ZET, żeby czuć satysfakcję z tego, co robię? Może zbyt dużo bym chciała.... Oj tak, to troszkę przerost ambicji. Zdecydowanie mniej znaczy lepiej. Dlaczego? Bo mniej to zawsze więcej niż nic. 
Na razie wrzucam więc zajawkę, bo nigdy nie wiadomo, co będzie jutro, więc nie ma co chomikować wszystkiego na potem. I obiecywałam, ze magazyn będzie w kwietniu, ale w kwietniu mogę nie dać rady, gdyż do szóstego maja mam urwanie d. Ale to urwanie wiele dla mnie znaczy i poniekąd myślę, że i dla mojej obecności tutaj również, bo chodzi o moje plany zawodowe i małą zmianę, a raczej ukierunkowanie moich pasji. Zaraz po wakacjach otwieram znów firmę, o nieco innym profilu, ale jeszcze bardziej wnętrzarską, i muszę teraz troszkę powalczyć o jej przyszły kształt. 

Kochani, uściski dla Was na dobry dzień! Lecę, bo już mi się lawinowo zawęża znów czasówka.... grrrrr.... Do szybkiego zobaczenia, baj.










DO SESJI WYKORZYSTAŁAM:
ZASTAWA BLOOMINGVILLE SANDRINE | OBRUS LNIANY KOLOR NATURALNY SO_LINEN | WINIETKI NAPISANE ODRĘCZNIE NA CZERPANYM PAPIERZE | SZTUĆCE  DZIEDZICZONEJ RODZINNIE

MAŁY APEL
Ta gałąź jabłoni jest obecna na zdjęciu nie z kaprysu, a wyłącznie dlatego, że przycinałam drzewko w swoim ogrodzie. Kochani, nie zrywajmy pięknie kwitnących drzew wyłącznie dla naszej potrzeby posiadania kwiatów jabłoni, śliwy czy wiśni na stole. Wykorzystajmy wiosenne zabiegi w naszych ogrodach tak, aby to co ucinamy wstawić jeszcze do wazonu w domu, a jeśli nie mamy ogrodu to rozejrzyjmy się, czy właśnie ktoś nie przycina drzewek u siebie. Tak chyba będzie lepiej dla naszych magnolii i wszystkich przepięknych o tej porze roku drzewek owocowych... ;)
środa, 6 lutego 2019

RÓŻOWA SOFA

KOLOR ROKU 2019: PANTONE 16-1546 LIVING CORAL




To było lata temu. Ale to nie była różowa kanapa. To był brudny oliwkowy welur, przypominający trochę sztruksową torebkę mojej ciotki  w wersji makro. Taki, który godzinami można było gładzić gdy padały na niego przez okno promienie słońca, a on zmieniał się za każdym razem o jeden, dwa tony stając się ciemniejszy lub odwrotnie. Torebka była na magnes, z dużą klapą. Pojemna, żeby nie powiedzieć przepastna (to jedno z moich ulubionych słówek). Pewnie dlatego ciotka jeździła z nią na wycieczki we wschodnim kierunku, a jej torebka niejedno w życiu widziała. Podobnie ta kanapa - była tam jeszcze zanim babcia zaczęła wynajmować to mieszkanie. Jasne, na poddaszu, z ciemnymi drewnianymi drzwiami i kredensem w starym dobrym stylu z kluczykami w drzwiczkach. Z tego kredensu, gdy babcia się stamtąd wyprowadzała, dostałam cztery ręcznie malowane włoskie talerze, których z całą pewnością babcia nie kupiła. Albo tam już były, albo…, no właśnie, mogę tylko snuć domysły. Zostawmy to na kiedy indziej. Podłokietniki niestety były jedynie obite welurem od góry i nie na tyle miękkie, żeby móc na nich uciąć sobie dyskretną drzemkę, natomiast siedzisko wciągało każdego tak głęboko, że przy problemach z wagą, kręgosłupem albo z wiekiem, konieczna była pomoc drugiej osoby, żeby się z niej uwolnić. Nie pamiętam dobrze, czy była trzyosobowa, czy może jeszcze szersza… moja percepcja sprzed prawie trzydziestu lat była beztrosko ukierunkowana na nieco inne sprawy i takie szczegóły zwyczajnie mi uciekły. Niektóre ważne rzeczy niestety również… Ale to teraz bez znaczenia. Istotne było to, że siedzisko składało się z kilkunastu dużych, luźnych kwadratowych poduch, które wieczorem zamieniały się w łóżko dla naszej gromadki. Spaliśmy na nich ułożeni w różne kierunki, w zależności od stopnia zażyłości ramię w ramię lub w nogach. Poranne wstawanie zatem było przymusowo wczesne, gdyż jedyna droga do otwartej kuchni, co babcia ukrywała za równie oliwkową, jakby celowo dobraną do kanapy zasłoną przesuwaną na ukrytej w suficie szynie, prowadziła właśnie przez ten kawałek podłogi. Pościel zatem szybko lądowała u babci w sypialni, a welurowe cuda z powrotem na drewnianej konstrukcji kanapy. I jeszcze przed pierwszą poranną kawą, którą pili dorośli, mieliśmy z kuzynem zadanie, żeby pomiędzy poduszkami w siedzeniu, bo były ich dwie warstwy, powkładać wygładzone i minimalnie złożone świeżo uprane przez babcię tiszerki, spodenki, serwetki na stół, nawet bieliznę, a to dlatego, że nie było w mieszkaniu babci żelazka. Nie wiem, czy rzeczywiście go nie potrzebowała, czy chowała je jedynie na nasz przyjazd, wykorzystując zwyczajnie fakt, że gdy potem wysiadując popołudniami kanapę i grając w chińczyka, maglowaliśmy tyłkami wszystko co się dało. 




Trzy lata temu Pantone również wybrał jako kolor roku odcień różu. Od tamtego czasu rzeczywiście można powiedzieć, że róż na nowo zaczął pojawiać się w naszych domach. Wcześniej zarezerwowany był dla pokoju dziewczynek i każdy kto próbował wyjść z nim nieco dalej, z trudem mógł znaleźć u producentów dodatki czy nawet farby do ścian w takim różu, który nie czynił z nas fanów Hello Kity. Teraz jest zupełnie inaczej. I choć osobiście już dwukrotnie romansowałam z takim różem, i naprawdę wielu ze zdziwieniem nawet twierdziło, że to zaskakująco miłe dla oka rozwiązanie, to z początkiem tego roku u mnie róż znów został zdegradowany do rangi dodatków. Zniknął ze ściany w kuchni, tak samo jak wcześniej pod warstwą grafitowej farby na witrynach w salonie. Ale gdzieś tam się wciąż przebija i może gdyby nie ten róż, to ten grafit nie byłby taki, jaki jest. Puszczam do Was oko, bo to takie niuanse i zwykłemu śmiertelnikowi nie przyszłoby do głowy, żeby doszukiwać się koloru podkładu na obrazie, który nam się podoba i twierdzić, że bez tej dwunastej warstwy poniżej, ostatnia, na którą patrzymy nie byłaby taka sama. No cóż, jak już nie będzie czym sobie zaprzątać głowy, to można pomyśleć o tym, że gdyby nie te wakacje u babci i welurowa oliwkowa kanapa, nie miałabym dziś wyobrażenia jak wiele odcieni zieleni istnieje na tej ziemi… Warstwa po warstwie zbieramy doświadczenia, a w przeciągu lat zmienia się nasze spojrzenie na świat, na innych, na przedmioty. Z czasem, jest szansa, że dostrzegamy jak bardzo złożony jest to świat i jak trudno spoglądając na coś tylko w jednym konkretnym świetle, móc zrozumieć i rozszyfrować całą jego głębię.
I wniosek mam tylko jeden - ograniczony w tym poście wyłącznie do tej kanapy - że naprawdę istotne jest to, co kryje się pod zewnętrzną warstwą farby oraz fakt, że zwykły mebel może tak wiele dla nas znaczyć.









ŹRÓDŁO ZDJĘĆ PINTEREST


Dobrego dnia i do następnego posta.
Będzie moodboard, bo na jeden raz byłoby za dużo ;)


Custom Post Signature

Custom Post  Signature