Top Social

.

LIFESTYLE | WORK | INTERIOR BLOG

Featured Posts Slider

Image Slider

środa, 31 października 2012

HALLOWEEN IDEAS

Strrrrasznego Halloween Wam życzę :)))









love
agnieszka n.
wtorek, 30 października 2012

fairy tale... part one


Codzienny rytuał zasypiania może nawet dla platynowej mamy albo taty być rutynową czynnością, w  której brakuje różnorodności. Teraz wieczory są długie i nasze szykowanie się do snu wygląda inaczej niż latem, kiedy syneczek zagoniony po całym dniu wrażeń i ruchu, zasypia w mgnieniu oka. Teraz przydają się książeczki, ale nie zawsze znajduję odpowiednie, albo po prostu nie chce mi się czytać bajeczki, którą już prawie znam na pamięć.

Więc kładę się obok synusia, układam wygodnie, zamykam oczy i opowiadam, co mi tylko przyjdzie do głowy, synuś niesiony opowieścią czasem dorzuca jakiś element historyjki, czasem też sam opowiada odcinek, a nazajutrz tworzy ilustracje do naszej baśni. Wygląda to tak...






STORY O KSIĘCIU WALERYM

Dawno, dawno temu, w kraju zamieszkiwanym przez dobrych ludzi, kochających swojego króla, z wzajemnością, w zamku na skale, wysoko, wysoko, urodził się książę. Imię, które nadała mu matka było imieniem pięknym, o sile ochronnej tarczy, która miała bronić chłopca przed złem i smutkiem , i brzmiało Walery. 






Młody książę wychowywał się otoczony miłością wszystkich, w poczuciu, że świat jest życzliwy i piękny, bez początku i końca. Umysł miał otwarty, a serce wrażliwe, dlatego pewnie gdy dorósł, przejął się ogromnie słysząc pogłoski o rabusiach i gnębionych mieszkańcach sąsiedniego
 królestwa.  Otwierał z niedowierzania oczy, kiedy jego osobisty doradca i opiekun, opowiadał, jak zbóje rabują spiżarnie, pozostawiając ludzi na zimę bez zapasów żywności.  Były to historie mrożące błękitną krew w żyłach Walerego i wyciskające szczere łzy z jego bursztynowych oczu. 

Kiedy nadszedł pierwszy jesienny chłód i spadł pierwszy liść ze starego dębu na dziedzińcu, w cieniu którego Walery bawił się beztrosko jako dziecko, w umyśle młodego księcia zaczęła kiełkować myśl o wielkiej wyprawie. Nękany troską o obrabowanych ludzi, postanowił wyruszyć w nieznane, by położyć kres poczynaniom łobuzów. 

Wszyscy na zamku ze ściśniętymi z żalu i niepokoju gardłami, nic nie mówiąc, pakowali Waleremu na drogę słodkości, lizaki w kształcie kwiatów i różowych serc, od których robiło się księciu lżej  i droga, w którą wyruszał, wydawała się mniej przerażająca.

A kiedy spakowali już wszystkie cukierki i orzechy, budynie, rodzynki i bezy, to jego największy przyjaciel podarował mu coś  jeszcze - lśniącą i lekką jak piórko zbroję, potem osiodłał mu najlepszego w królestwie rumaka, a do siodła przypiął miecz i złoty topór, tak na wszelki wypadek... ;)
"Książę - rzekł przyjaciel podając mu okrągłą tycią puszeczkę - czyść zbroję tym mazidłem codziennie, by oświetlała ci swym blaskiem drogę, nawet w najciemniejszą noc, a broni używaj tylko na złoczyńców oraz by porąbać drwa na ognisko, kiedy rozbijesz obóz, żeby odpocząć".


Książę Walery, jako rycerz w lśniącej zbroi, nie oglądał się za siebie, gdy opuszczał swój dwór, choć kochał bezgranicznie wszystkich jego mieszkańców. Patrzył śmiało przed siebie i krzepiąco przemawiał do swojego konia, którego przepiękna długa grzywa i ogon, poruszały się na wietrze niczym proporzec, i jeszcze długo były widoczne z  zamkowej wieży, gdy książę znikał na horyzoncie z oczu matki.  







Po sześciu dniach i sześciu nocach swojej wędrówki, pewnego mglistego poranka, książę Walery usłyszał wśród drzew odgłos żelaza i głośne rozmowy. Szybko zorientował się, że to zbójcy, dzielący między sobą łup ostatniej nocy, gdyż śmiali się i wyliczali komu przypadnie ile mąki, a komu kukurydza, komu grzybki w occie, a komu dżem z borówek. Spiął konia, złapał za rękojeść miecza, zmarszczył groźnie czoło i ruszył śmiało w ich kierunku. 

Było ich ośmiu, ogromnych, barczystych i brodatych zbójów, którzy ze zdziwieniem patrzyli na zbliżającego się do nich przybysza. On natomiast nabrał w płuca chłodnego powietrza i zawołał tak głośno, jak tylko potrafił: "Stać!! Jestem książę Walery i rozkazuję wam oddać co nie wasze oraz przeprosić tych, którym wyrządziliście krzywdę!! Inaczej porachuję wam kości!!!"

Oj nie tak łatwo było ich do tego szlachetnego czynu przekonać, oj niełatwo. Co innego rabusiom było w głowach... Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i w mgnieniu oka wyciągnęli pordzewiałe sztylety pochowane w cholewkach zbójeckich buciorów. Walery musiał użyć miecza, a potem i złotego topora, żeby ich nastraszyć, i rach, ciach wymachując nimi ze złowrogą miną, przegonił w końcu zbójów, którzy uciekali w popłochu, porzucając wszystko, co do nich nie należało... 
Hmmm - pomyślał zaskoczony książę - nie było wcale tak trudno..., a pająki w samo południe poniosły wieść o jego odwadze do wszystkich domów w nieszczęśliwym królestwie, wijąc swe sieci niczym delikatnie tkana nadzieja, która oplata serce człowieka. 

...



A w następnej części opowiadania będzie o tym JAK KSIĄŻĘ WALERY POZNAŁ KAROLCIĘ I WIELKĄ TAJEMNICĘ...



love
agnieszka n.

niedziela, 28 października 2012

FIRST SNOW...

Dzisiejszy poranny spacer...












Robienie zdjęć w takiej scenerii jest dla mnie czarną magią, kompletnie zgłupiałam przy tym świetle i śniegu. Niech będą dzięki komu trzeba, że dzień dziś o godzinę dłuższy, bo chyba z 200 zdjęć zrobiłam, a pokazać można tylko parę...


Dłuuuuugiej i miłej niedzieli :)

love
agnieszka n.

sobota, 27 października 2012

EVENING DIY & DECO

Pierwszy śnieg za oknem. Widok gałęzi uginających się pod śnieżnymi czapami nawet mnie ucieszył. Takie dziecięce uczucie, radości na widok lecących z nieba płatków śniegu. Oczywiście padło dziś magiczne "mamo, widziałaś? śnieg!!!!"






Taki dzień jak dziś, można poświęcić na małe diy :) Zresztą już zapowiedziałam rano, że pokażę Wam jak poełniłam tablicę z napisem EAT, ale przede wszystkim chcę pokazać tablicę z wieszaczkami do przedpokoju. Na drobne rzeczy, które nie raz zapełniają komodę, a mogłyby wisieć. 

Deski są mocno vintage, bo pochodzą z mebla, który nieco "ulepszyłam", z mojej komody pod telewizorem. Widać na nich ślady po gwoździach, są pomalowane dość oględnie, na brzegach są nierówne. Ale nic nie zmieniałam. Delikatnie je tylko zabejcowałam, ale w sumie to nie było konieczne. Mają bardzo "wiekowy" charakter ;)

Napisy sobie wydrukowałam, ale przyznaję, że miałam ambitniejszy plan... jak zaczęłam je wcinać, to szybko plan zweryfikowałam i znacząco zmniejszyłam ilość napisów :) Potem odrysowałam kontury ołówkiem - zadanie żmudne, bo literki oczywiście trudno prosto utrzymać... W porównaniu do tego, napis EAT był banalny, bo bez wycinania, odrysowywania, po prostu obkleiłam taśmą i pomalowałam w środku :)














Tablicę już powiesiłąm, ale światło na razie jest kiepskie, jak będzie troszkę słonka, to oczywiście zrobię jej pamiątkową fotografię :)


Na miły wieczór mam jeszcze propozycję kominka, w domu bez kominka... Brydzia to się ma dobrze ;)
Jako że zima za oknem, czas świec i lampionów...





Te dwa świeczniki na grube świece upolowałam na targu staroci, oryginalnie służyły jako uchwyty do szklanek :)) No i jeszcze jedna przydatna zdobycz, która już dawno chciałam mieć, to ten gasik do świec. A tea lighty są też w marokańskich osłonkach na szklaneczki, które kupiłam na wyprzedaży u Mimi :)) Idealnie się uzupełniają, prawda?






ciepłego i miłego weekendu :)

love
agnieszka n.







EAT

Czy też tak macie, że zapach gotującego się od rana obiadu daje Wam poczucie bezpieczeństwa? Poczucie bycia w Domu?






Nie jestem typem gotującym dużo i zawsze. Lubię przebywać w kuchni, lubię kiedy moje jedzenie smakuje rodzinie, ale zawsze wybieram potrawy szybkie i bezproblemowe.
Wiem, że ziemniaczki lepiej by smakowały obgotowane w skórkach, a potem zapieczone w ziołami... ale szybciej będzie jak ugotuję je tradycyjnie i po postu dodam masełka ;) Owszem, zdarza mi się "świąteczne", całodzienne gotowanie, ale to rzadkość. Bywa natomiast tak, że gotuję coś dla chłopaków, natomiast sama nie jem... a potem kiedy poczuję głód robię sobie najzwyklejszą i najprostszą kanapkę, ot z pomidorem chociażby :)) Lubię też kuchnię włoską i francuską, od tej drugiej, gdyby nie wino, to szybko można się zaokrąglić, hihi :) W ogóle to nie jestem wybredna, zjem i owsiankę i golonkę :))) Natomiast nie lubię za bardzo słodyczy i ciast. Chociaż tyle ;) Nie mam też oporów przed produktami pełnowartościowymi, takimi jak masło, tłusta śmietana, mąka pszenna... staram się nie używac produktów wysokoprzetworzonych, zatem nie znajdzie się w mojej lodówce ani napój gazowany, ani odtłuszczony jogurt. Nie pijam też kawy rozpuszczalnej, chyba że u kogoś (nigdy nie marudzę u kogoś przy stole, moja złota zasada :))). Dlatego też często jestem ogólnorodzinnym testerem a czasem i kozłem ofiarnym... ;)

Lubię gotować bez przepisu, dlatego ciężko mi komuś podać przepis na jakąś moją potrawę. Nie tyczy się to słodkości, tych niestety nie umiem piec i bez dobrego przepisu ani rusz.

Kiedy od rana zabieram się za przygotowanie obiadu, dla moich chłopaków to znak, że mam dobry humor. Bo często gęsto jest tak, że przygotowywanie posiłków mnie po prostu nuży i denerwuje. To taki miernik endorfin :)) A dzisiaj od 9.00 już dolatują z kuchni zapaszki, gotuje się kapusta na pierożki i wywar na .... chyba będzie barszcz czerwony...potem wyskoczę po buraczki...brrrr...paskudna dziś pogoda.

Najlepsza zupa wychodzi mi z ciśnieniowego gara, który odstąpiła mi mama. Ma już trochę sparciałą gumę i nie trzyma za bardzo ciśnienia w środku, ale i tak rosół gotowany w tym garze smakuje zupełnie inaczej. 
Garnki mam różne, jeden emaliowany, stalowe, ten żeliwny ciśnieniowy, no i zestaw z anodyzowanego aluminium (oj narażę się ich przeciwnikom...). Nie mam teflonu i praktycznie nie używam plastiku (poza woreczkami). 

No i najważniejsze - nie lubię zmywać...


:)



Te dwa zdjęcia dosłownie na gorąco, więc przepraszam za kiepskie światło... bardzo szaro dzisiaj i w mojej kuchni panuje wręcz półmrok.

Wrócę do Was później, żeby pokazać jak zrobiłam tą tablicę i jeszcze jedną do przedpokoju, która już wisi, ale której z braku dobrego światła nie mogłam obfotować :( 
Zatem do zobaczenia po obiedzie :))

love

agnieszka n.





środa, 24 października 2012

BLUE FEVER

No i teraz mam już dwóch :0 Chusteczki i grube skarpety pilnie poszukiwane :))) Dla dwóch choreńkich chłopców. Niestety jeden musiał iść do pracy, ale za to ten mniejszy, kaszlący i zasmarkany, dzielnie dziś realizował pewne zadanie...

Ale po kolei. 
Na wstępie, jak tytuł posta sugeruje - mamy w tym tygodniu kolor niebieski i granatowy w akcji Jesień w Kolorach Tęczy Ani z Home sweet home. Tym razem w domu, bo z grypą, ale bardzo kreatywnie i baaardzo niebiańsko ;) 

A teraz słów kilka o krześle. 
Otóż wspominałam Wam już, że niebieski panoszy się w pokoju syna. Kiedyś krzesełko przy jego biurku wyglądało tak, ale że zostało mi dużo lazurowej farby po malowaniu pudełek, to nie mogłam się powstrzymać i od dwóch dni malowałam nią krzesełko. Niestety po dwóch warstwach niebieskiej, krzesło raziło wręcz w oczy jak południowe niebo w Egipcie, więc poszły dwie kolejne warstwy białej, żeby to złagodzić... niestety nie rozjaśniły tak jak bym chciała, bo barwnik przebijał się uparcie na zewnątrz. Ostatnia próba - szlifierka, jeśli nie wyjdzie, to krzesło powędruje na balkon... No i dodałam mu tą szlifirką ładnych parę lat i doświadczeń ;) Błękit i tak jest odużający, ale teraz krzesło ma coś w sobie :))) Co Wy na to?











A teraz na dokładkę do zabawy z kolorem niebieskim i granatowym, mój syn dziś stworzył domowy, przeziębieniowy moodboard w kolorze Blue :) 
Potem jeszcze były boardy czerwone, zielone, żółte, ale nie o tym dzisiaj przecież mowa. Dzieciaki są świetne w takich spontanicznych zabawach, zresztą zobaczcie, jak udało mu się skompletować przedmioty...










To dzisiaj na tyle, lecę kroić cebulę na syrop :)))
love
agnieszka n.


Custom Post Signature

Custom Post  Signature